Opublikowano 13 komentarzy

Wyprawa rowerowa cz. 2 – GREEN VELO

Stoję przy kuchni i gotuję sos pomidorowy z kurczakiem. Szybkimi ruchami uderzam drewnianą łopatką o krawędź patelni, tak jakbym ścigała się z pojawiającymi się na niej pomidorowymi gejzerami – kto pierwszy. Patrzę na nie i myślę sobie: „Który to już raz gotuję makaron z sosem o siódmej rano?”. Nie zdążam jednak ani pomyśleć, ani policzyć, bo z zamyślenia wyrywa mnie głos Rafała, który właśnie odsuwał roletę: „Jest wietrznie i pochmurnie”. Nic mu nie odpowiedziałam, tylko wyłączyłam gotujący się sos z kurczakiem i podeszłam do okna, jakbym nie wierzyła w to, co powiedział. Niestety miał rację.

Pogoda nie zachęcała do wyjścia z domu, a tym bardziej do całodniowej jazdy rowerem…

Kurczę, nie tak sobie wyobrażałam pierwszy dzień wyprawy rowerowej w Bieszczady. W dodatku doskonale przypominały mi o tym przygotowane poprzedniego wieczoru ubrania leżące na kanapie. Dzisiejszego ranka miałam włożyć na siebie koszulkę z krótkim rękawem, spodenki, a także okulary przeciwsłoneczne. Bo przecież tak kojarzy mi się rozpoczęcie wakacji: słonecznie i przyjemnie. I właśnie to myślenie mnie zgubiło, gdyż nawet nie brałam pod uwagę tego, że będę musiała w ten dzień zmienić plany i ubrać coś cieplejszego.

Ponadto już od rana, zamiast cieszyć się rozpoczęciem mojego urlopu, musiałam złościć się na siebie, że nie przewidziałam takiej sytuacji. W związku z tym zaczęłam od nowa grzebać w sakwach i przerzucać w nich ubrania. A przecież wczorajszego wieczoru wszystko sobie w nich tak ładnie poukładałam… Ręcznik, ubrania do spania, kosmetyczkę, śpiwór, materac, a także ubrania przeciwdeszczowe w jednej sakwie, a całą resztę ubrań w drugiej. I może nie byłoby w tym nic złego, gdybym spodni i bluzy z długim rękawem nie upchała na samym dnie sakwy… Ubrałam się w cieplejszą odzież i usiadłam do stołu, aby zjeść przygotowane przeze mnie „śniadanie”.

Makaron z sosem pomidorowym jedliśmy z Rafałem w ciszy. Tylko od czasu do czasu któreś z nas zapytało: „Czy plastry na wypadek otarć zostały zabrane?” „Bierzemy patelnię?” „Gdzie schowaliśmy portfele i dokumenty?”. Czuć – a także widać – że jesteśmy zestresowani całą tą wyprawą. Bo choć lubię makaron z sosem pomidorowym, to jednak powód, dla którego jemy go o tak wczesnej porze, sprawia, że nie jestem w stanie go przełknąć. I dobrze wiem, że w takich momentach to przede wszystkim stres działa niekorzystnie na mój żołądek, któremu tak trudno zaakceptować posiłek. Mimo to jem na przymus , bo wiem, że za kilka godzin, kiedy ten cały stres opadnie, będę wilczo głodna.

Jesteśmy „najedzeni” i spakowani. Sakwy, wszystkie dodatkowe rzeczy, które musimy zabrać, a także rowery wystawiliśmy przed blok. Zaraz do naszych rowerów przypniemy bagaże i ruszymy w podróż w Bieszczady. Jeszcze tylko klucze do mieszkania zostało nam powierzyć Oli i… ahoj, przygodo!

Okej, czas wyruszyć. Wsiadamy na obładowane rowery i próbujemy jechać. Śmiejemy się z naszej nieudolnej jazdy, ponieważ „zataczamy się” od jednego krawężnika do drugiego. Patrzymy tylko, czy któreś z nas nie wywinie na swoim rowerze orła. Nie jesteśmy jeszcze przyzwyczajeni do jazdy z bagażami, a w dodatku stres robi swoje i telepie naszymi ciałami, sprawiając, że wykorzystujemy do jazdy cały chodnik. Zaraz to minie i będziemy już jechać normalnie. 

Jesteśmy kilka kilometrów za Olsztynem…

Drogę, którą jeszcze jedziemy, dobrze znam – podczas przygotowań do tej wyprawy rowerowej przejeżdżaliśmy nią kilka razy. To sprawia, że nadal czuję się, jakbym wyszła na krótką przejażdżkę rowerową i zaraz wrócę do domu. Dojeżdżamy jednak do skrzyżowania, na którym tym razem nie pojedziemy w stronę Butryn, tak jak zawsze, tylko prosto na Dźwierzuty.

Aklimatyzację do wyprawy rowerowej w Bieszczady utrudnia wiatr, który wieje nam prosto w twarze. Powoduje, że każde naciśnięcie pedała to walka z samym sobą. Szukasz wtedy w głowie – a przynajmniej ja – najlepszych powodów motywujących do dalszego pedałowania. Dlatego zdecydowanie nie lubię takiej wietrznej pogody w pierwszym dniu wyprawy rowerowej, ponieważ szybko przychodzą zmęczenie, frustracja, kryzysy, a także pytanie: „Dlaczego pedałujesz, a nie pojechałaś na przykład gdzieś odpocząć, poleżeć czy połazić?”.

Bo musisz coś wiedzieć: czas spędzony na rowerze podczas takiej wyprawy jest przede wszystkim dla ciebie. Jest to chwila, aby pomyśleć nad swoim życiem, chwila na obserwację otoczenia, na analizę świata, na nowe postanowienia, a także, z pewnością, na poznanie siebie. Bez wątpienia podróżowanie rowerem uczy – odwagi, bycia samym ze sobą czy podejmowania sprawnych decyzji. Tymczasem my pedałujemy dalej…

Zatrzymaliśmy się za Dźwierzutami przy lasku, w którym zaspokoiliśmy swoje potrzeby fizjologiczne – toi toi na trasie tak często nie ma – a także wypiliśmy kefir z owocami. Ustaliliśmy wtedy, że przerwę na jedzenie zrobimy gdzieś dalej. W innym, przyjemnym miejscu – a z doświadczenia wiemy, że na trasie zawsze można spotkać wiele ciekawych i przyjaznych miejsc.

I jednym z takich miejsc, w którym zrobiliśmy sobie przerwę, aby coś zjeść, był mostek nad jeziorem w Piasutnie. Zjedliśmy naleśniki z truskawkami, które zostały nam z kolacji z poprzedniego dnia. A po takim wysiłku smakowały one jak posiłek przyrządzony przez szefa kuchni w jakiejś drogiej i ekskluzywnej restauracji. Dosłownie! Zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć i z powrotem wsiedliśmy na swoje rowery, ponieważ pogoda nie zachęcała do dłuższego odpoczynku.


Pomału pedałujemy w stronę Łomży. Dzięki temu mamy możliwość przyjrzenia się zabudowaniom, kwiatom (zauważyłam w ogródkach ludzi piękne, pnącą, mające dużą liczbę pąków róże – może wiesz, jak się nazywa? Chętnie ją kupię do swojego ogródka), drzewom, jeziorom, a także polom. Samochody mijają nas i wyprzedzają. Przejeżdżamy obok hodowli pstrągów, pedałujemy pod górkę, a później z niej zjeżdżamy.

Mnie jest już przyjemnie, stres opadł i mogę już myśleć o wyprawie, ale Rafał zdecydowanie jeszcze tego nie może…

Jechał z tyłu z miną zbitego psa i powtarzał mi, że nie wie, po co jedzie, i pewnie to będzie jego ostatnia wyprawa rowerowa. Próbowałam go motywować i zachęcać, ale nie przyniosło to wielkiego sukcesu, a wręcz przeciwnie. Wolałam go dodatkowo nie wkurzać – bo jeszcze mi się rozmyśli – więc postanowiłam jechać z przodu i pilnować trasy.

Do moich zadań na wyprawie rowerowej zawsze należy pilnowanie trasy. I tym razem też tak było. Miałam przed sobą w mapniku mapę samochodową Polski, a także przygotowaną karteczkę z miejscowościami, przez które mieliśmy przejeżdżać. Życie jednak szybko tę karteczkę zweryfikowało i już na początku naszej wyprawy nie obyło się bez przygód. Na kartce miałam wypisane wszystkie miejscowości, przez które mieliśmy przejeżdżać, aby w łatwy sposób dojechać do Łomży – tak myślałam.

W rzeczywistości okazało się, że albo na owej kartce nie ma danej miejscowości czy nawet znaku mówiącego, że jesteśmy w danym miejscu, albo, co najlepsze, miasteczka i wioski wyrastały nam przed nosem. Dlatego często posiłkowaliśmy się GPS-em z telefonu, a w związku z tym często się zatrzymywaliśmy, aby sprawdzić drogę – czy na pewno dobrze jedziemy. Dodatkowo w GPS-ie wybieraliśmy jak najkrótsze drogi. To w głównej mierze przyczyniło się do tego, że jechaliśmy przez lasy, drogi piaszczyste, a także „moje ulubione” kocie łby.

Podczas jednej z takich przymusowych przerw na sprawdzenie drogi zatrzymał się obok nas ciągnik z szambiarką i rolnik nim kierujący wyraził swoje oburzenie (delikatnie mówiąc): dlaczego robimy mu zdjęcia, mamy je natychmiast usunąć! Pierwszy raz coś takiego zdarzyło mi się na wyprawie rowerowej, więc trochę się przestraszyłam. Bo może to drugie Wilkowyje i zaraz zlecą się sąsiedzi z widłami i innymi narzędziami? Zaskoczyło mnie to, ponieważ ludzie zazwyczaj są bardzo uprzejmi i pomocni. A tu taka sytuacja, w której Pan nawet nie wiedział, co takiego robimy, i od razu założył, że robimy mu zdjęcia. Ale po co akurat szambiarce?

Jak widzicie, na trasie zdarzają się różne sytuacje. Czasami są dziwne i niebezpieczne, a czasami przyjemne i bardzo pomocne.

Podczas jazdy na rowerze można również zobaczyć wiele ciekawych rzeczy. Jedną z takich przyjemnych dla oczu okoliczności zobaczyliśmy w Farynach, gdzie Pan na swojej stodole (czy oborniku) malował piękny obraz przedstawiający galopujące konie. Ten malunek wyglądał pięknie! I zdecydowanie „fotogeniczny” niestety po sytuacji z rolnikiem z szambiarki wolałam nie ryzykować i nie denerwować gospodarza. Bo kto wie, czy nie jechałabym dalej na kolorowym rowerze. ;p

Dojechaliśmy do Turośli, gdzie zjedliśmy obiad. Nie kupowaliśmy nic, ponieważ mieliśmy resztę sosu pomidorowego z kurczakiem, który został nam ze śniadania. Dlatego też od razu szukaliśmy miejsca, w którym mogliśmy zjeść posiłek i odpocząć, a nie sklepu czy restauracji. Rozłożyliśmy się więc w centrum wsi, gdzie znajduje się „rondo”, a w środku niego kilka ławek i kwiaty.

Pogoda się poprawiła, choć nadal delikatnie wiał wiatr, który sprawiał, że trudno było nam utrzymać płomień na kuchence. Otoczyliśmy ją więc sakwami, które pomogły ochronić płomień przez ugaszeniem, i udało nam się podgrzać makaron z sosem. Zjedliśmy go i wyruszyliśmy dalej.

Mieliśmy za sobą już sporo kilometrów, które dobrze czułam w nogach, w tyłku, a także w głowie.

Pedałowanie przychodzi z trudem i fakt, że do punktu końcowego dzisiejszej trasy został jeszcze spory kawałek, wcale niczego nie ułatwia. Ale tak naprawdę nie masz już wyjścia, bo przecież już nie zawrócisz, a przystanek wcześniej, niż zaplanowałaś, może sprawić, że nie zdążysz dojechać do wyznaczonego celu. Dlatego musisz wsiąść na rower i mijać kolejne znaki, drzewa i domy. Czasami tę monotonną jazdę przerwą ciekawe miejsce, widok, krótka rozmowa z kompanem czy akurat przejeżdżający obok Ciebie sznur samochodów weselnych. ;p

Udało nam się dojechać do Nowogrodu i wjechać na drogę 645 prosto do Łomży. Już zanim wjechaliśmy na tę drogę, wiedzieliśmy, że jest ona niebezpieczna, a samochody jeżdżą z nadmierną prędkością – chwilę więc przed nią staliśmy i obserwowaliśmy ją. Zdecydowanie nie lubię po takich drogach jechać rowerem. Moja zasada była prosta: jadę tak, aby jak najszybciej tę drogę przejechać, a w razie W zjechać całkiem na pobocze.

W połowie drogi Rafał musiał się jednak zatrzymać, ponieważ w jego rowerze zaczęło „latać” koło. W tym samym czasie zorientowałam się, że na mojej kierownicy nie ma licznika rowerowego. Chciałam sprawdzić, która jest godzina, ponieważ miałam wrażenie, że jest już późno. Odchyliłam mapnik, a tu niespodzianka – nie ma licznika. Prawdopodobnie mapnik w niefortunny sposób uciskał na licznik i go wypchnął z zapięcia. Dlatego mam nauczkę i już wiem, że nie sprawdza się u mnie licznik z systemem wsuwania, lecz tylko z systemem wkręcania do uchwytu.

Chwilę jeszcze szukałam. Wróciłam kilka metrów już pieszo, aby sprawdzić, czy na pewno licznika nie zgubiłam teraz, podczas zatrzymania się. Niestety nie.

Akurat obok nas przejeżdżał na rowerze Pan, który się nami zainteresował. Rozmawialiśmy chwilę o rowerach, Pan pytał, skąd i dokąd jedziemy, a my zainteresowaliśmy się, czy może wie, gdzie rozpoczyna się szlak GREEN VELO, którym zamierzamy jechać w Bieszczady. Zapytaliśmy również, gdzie możemy przenocować w Łomży, czy jest jakiś camping. Pan z entuzjazmem zaproponował nam, że zaprowadzi nas na sam camping – a tamtędy przechodzi szlak GREEN VELO, więc jutro od razu na niego wjedziemy. 

Dojechaliśmy wraz z Panem do campingu, który znajduje się nad samą rzeką. Podziękowaliśmy mu za pomoc i się pożegnaliśmy. Zaczęliśmy się rozglądać po miejscu, w którym spędzimy pierwszą noc na wyprawie rowerowej. Miejsce wyglądało przyjemnie i bezpiecznie, a poza tym akurat trwała impreza w stylu „dni Łomży”. Dzięki temu mieliśmy okazję posłuchać pięknie śpiewanych piosenek Stachury oraz zjeść pyszne ciasto jogurtowe.

Zdecydowanie chciałabym, aby każdy dzień wyprawy kończył nam się w taki miły sposób.

Udaliśmy się w kierunku campingu, na którym mieliśmy spać. Co lepsze, przywitała nas Pani z Niemiec, tłumacząc nam po angielsku, gdzie jest właściciel i gdzie możemy dokonać opłaty za nocleg. Dzięki temu zauważyłam, że w stresujących sytuacjach mój angielski nie jest aż taki kiepski. Od razu poszliśmy we wskazane miejsce, aby dokonać opłaty i dopytać o szczegóły.

Rozbiliśmy namiot i wypakowaliśmy z sakwy najpotrzebniejsze rzeczy. Najpierw ja się wykąpię, później Rafał, a po wszystkim razem pójdziemy zwiedzać miasto. W końcu cały stres i zmęczenie związane z całodniową jazdą na rowerze odeszły, a pozostały tylko radość i satysfakcja. Nawet Rafałowi wrócił humor i chęci do przeżycia ciekawej przygody – co ten Stachura z nim robi… ;p

Podczas wizyty w „łazience” (kontener przerobiony na łazienkę) zamiast światła włączyłam alarm. Już się martwiłam, że ktoś przyjdzie sprawdzić, co się dzieje, więc moja kąpiel przebiegała w stresujących warunkach. Od razu uprzedziłam Rafała, aby nie wciskał tego włącznika, bo to alarm.

Odświeżeni i pełni energii wyszliśmy zwiedzać Łomżę, która wydała nam się przyjemnym miastem. Niestety nie mogliśmy wiele zobaczyć, ponieważ było już późno i ciemno, a poza tym czeka nas jutro kolejny pedałujący dzień…


Przeczytaj także:

Wyprawa rowerowa cz. 1 – GREEN VELO

Zrób to, bo naprawdę warto!

Nocleg podczas wyprawy rowerowej

Czy podróże uczą?

Teraz żyję z wielką kolarską pasją – Zuzia Wilk

13 komentarzy do: “Wyprawa rowerowa cz. 2 – GREEN VELO

  1. Wyprawa rowerowa mi się marzy! My co roku, w lato, jak mamy czas, robimy sobie nieco dłuższe wycieczki rowerowe. Fajnie tak oczyścić umysł 🙂

  2. Akurat jestem na diecie, a początek twojego tekstu jest bardzo smakowity:)! Świetna opowieść i niestety czasami tak jest, że coś nam krzyżuje plany. Ja kiedyś jechałam do Poznania na konferencję, specjalnie dzień wcześniej żeby sobie pozwiedzać i okazało się, że muzeum, które najbardziej chciałam zobaczyć, akurat tego dnia było zamknięte:) Jest takie przyłowie: chcesz rozśmieszyć Pana Boga/ Los to zdradź mu swoje plany, myślę, że dużo w tym prawdy.

  3. Taka wyprawa mi się marzy 😉 Jak córka podrośnie na pewno się wybierzemy na jakaś 🙂

  4. Mam znajomych, którzy rowerami zwiedzają Polskę, ale np byli też we Włoszech. bardzo sobie chwalą, teraz jeżdżą z córką w przyczepce.

  5. Też kocham takie rowerowe wyprawy – czuję się wtedy wolna i zalominam o problemach. Teraz ze względu na synka jezdzimy na troche krotszych trasach – ale mam nadzieje, ze w tym sezonie pobijemy jakis nasz rekord 🙂

  6. Będac na wyprawie, ale vanem, miajliśmy co jakiś czas jednego rowerzystę. Chyba jechaliśmy w tym samym kierunku. Gdy my się zatrzymywaliśmy by zwiedzić, odpoczać itp on musiał cały czas pedałować! My byliśmy zmęczeni upałem a on? podziw! Nie mogliśmy wyjść z zachwytu nad hartem ducha!

    1. To prawda, że chwilami jest ciężko, ale uwierz, że to zmęczenie szybko znika i pozostają tylko cudowne wspomnienia.

  7. Wiosna to i pierwsze wyprawy rowerowe! Chociaż znam takich, co cały rok w siodle.

    1. o tak. Ja już nie mogę się doczekać…;p Będziesz pedałować? Masz już rowerowe plany?

  8. Ja wolę pieszo, ale ostatecznie przecież nie ważne jak – ważne, że na zdrowie! I tak jak napisałaś – „dla siebie”. Czas, gdzie możemy otworzyć głowy z amoku codziennej gonitwy 😉

    1. oczywiście, że nie ważne jak! 😉 Pozdrawiam cieplutko!

  9. Jako dziecko dużo jeździłam rowerem. Teraz, niestety, muszę wybierać inny środek lokomocji.

    1. 😉 a jaki najczęściej wybierasz środek lokomocji?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *