Opublikowano 9 komentarzy

Oto i on: jesienny konkurs! – Wyjątkowa i aktywna pora roku.

jesienny konkurs 2019

Hej. Właśnie dzisiaj oficjalnie rozpoczął się sezon na picie hektolitrów gorącej czekolady, owocowej herbaty czy aromatycznej kawy pod mięciutkim kocykiem – oczywiście z książką w ręku i błyskającymi świeczkami gdzieś w pobliżu. 😉 Przygotowana jesteś już na ten jesienny czas?

Bo ja zdecydowanie tak! Już z pierwszymi oznakami jesieni wybrałam się na zakupy. Zaopatrzyłam się w mięciutki kremowy koc, zapas zapachowych świeczek i owocowej herbaty, duży kubek, a także worek kolorowych klocków dla Mai – ta jesień bez wątpienia będzie wyjątkowa i nasza.

I choć nie ukrywam, że wszystkie pory roku mają w sobie coś wyjątkowego i niepowtarzalnego, coś takiego, co sprawia, że każdą za coś cenię… to jednak jesień lubię najbardziej, za:

  • spokój, który ma w sobie,
  • tempo życia, które zaczyna raptownie hamować,
  • milusi kocyk, który gości w salonie i zaprasza do siebie co ranek,
  • książki, które czekały cierpliwie, nie kłócąc się z przejażdżkami rowerowymi,
  • świeczki, które dzielnie swoim delikatnym światełkiem umilają wieczór,
  • ciepłą i marcepanową kawę, która zapachem otula cały dom,
  • spacery wśród kolorowych, pachnących drzew,
  • jej kolory…

Jesień to bez wątpienia moja ulubiona pora roku, dlatego z tej okazji mam dla Was wyjątkowy, jesienny konkurs!

Zadanie do wykonania jest proste. Wystarczy, że odpowiesz na jedno proste pytanie: Gdzie zabrałabyś ze sobą worko-plecak rowerowaJA i dlaczego akurat tam?

A nagrodą w jesiennym konkursie jest… tadam!

I teraz najważniejsze! Nagrodą główną w konkursie „Wyjątkowa i aktywna pora roku” jest worko-plecak, który bez wątpienia już niebawem umili Ci tę barwną pomarańczą, żółcią i brązem porę roku. Idealnie nada się na spacer z rodziną, przyjaciółką czy z pupilem do lasu pełnego barw. Bez obaw zmieścisz w nim aparat, który pozwoli Ci na udokumentowanie najpiękniejszych chwil, telefon czy nawet termos z gorącą herbatą. Ponadto nie tylko pomieści w sobie najpotrzebniejsze rzeczy zabrane ze sobą na spacer, lecz także śmiało znajdziesz w nim miejsce na pierwsze oznaki jesieni, takie jak kolorowe liście, kasztany czy jarzębinę, a grube i solidne sznurki to wytrzymają.

Co najważniejsze, worko-plecak wykonany jest z eleganckich i przede wszystkim wodoodpornych materiałów, dlatego pozwoli Ci cieszyć się jesienią nawet podczas delikatnego deszczyku. Plecak ma również kieszeń zasuwaną na zamek, która ułatwi Ci znalezienie Twoich najważniejszych rzeczy, na przykład kluczy od domu, telefonu czy portfela.

Po pierwsze, jeśli lubisz praktyczność i komfort, a torebki na jedno ramię zaczynają Cię denerwować. Ponadto zachwycają Cię eleganckie i kobiece wzory ubrań. To nie czekaj, ten konkurs z pewnością jest dla Ciebie!

Wystarczy tylko, że swoją odpowiedź umieścisz w komentarzu pod tym wpisem -” Oto i on: jesienny konkurs! Wyjątkowa i aktywna pora roku. Musisz się spieszyć, bo czasu jest mało. Na Twoją odpowiedź czekam do poniedziałku, 30 września, do końca dnia. Wyniki konkursu ogłoszę 3 października. Szczegóły znajdziesz w Regulamine konkursu.

Trzymam kciuki!

Ps. Ważne! Na swoim profilu na Facebooku umieszczam dodatkowe informację dotyczące nagrody. Warto i tam również zajrzeć!

Przeczytaj także:

Wyprawa rowerowa cz. 1 – GREEN VELO

Od smutnej historii… do otwarcia sklepu

Teraz żyję z wielką kolarską pasją – Zuzia Wilk

Zrób to, bo naprawdę warto!Nocleg podczas wyprawy rowerowej

Czy podróże uczą?

Opublikowano 5 komentarzy

Od smutnej historii… do otwarcia sklepu internetowego!

Kilka ostatnich tygodni okazało się dla mnie wyjątkowo zakręcone i przede wszystkim intensywne – ale zapewne o tym już wiesz, jeśli obserwujesz mój profil na Facebooku, ponieważ to tam już o tym wspominałam. Jeśli jeszcze tego nie robisz, a masz ochotę i chcesz być ze wszystkim na bieżąco, to Cię zapraszam 😉 – link do profilu.

A tak dla przypomnienia: pisałam tam, że dawno nie czułam takiego powera i chęci do działania, jak aktualnie. Kiedy z każdej minuty chcę wyciskać tyle czasu, ile tylko się da… szkolenie, praca, jazda na rowerze, wyjazdy, przyjmowanie gości, uczenie mojej córki nowych słów, szycie worko-plecaków dla moich klientek oraz ogarnianie wszystkich sprawy związanych z otwarciem sklepu internetowego!

Tak, tak, śmiało i z wysoko podniesioną głową mogę Ci powiedzieć, że spełniam swoje marzenia i realizuję to, co od pewnego czasu lata po mojej głowie – między innymi otwarcie sklepu internetowego z własnymi produktami.

otwieram sklep internetowy

I przy okazji – i Tobie życzę tego samego. Abyś zebrała w sobie wystarczająco odwagi i po prostu spełniała swoje marzenia!

I choć robię to z przyjemnością, bo w końcu robię to, na co mam ochotę, to jednak targają mną takie emocje, że nie mogę ich okiełznać. Od szczęścia po strach… Z jednej strony wierzę, że mi się uda, że znajdę klientki na swoje produkty, że będą z nich bardzo zadowolone, z drugiej jednak w mojej głowie ciągle lata słowo ALE, które ze wszystkich stron mi trąbi: a co będzie, jeśli się jednak nie uda, nie znajdę klientek na swoje produkty, poniosę klęskę… i potulnie z opuszczoną głową będę musiała wrócić na osiem godzin za biurko – czego bardzo w tym okresie nie chcę!

Mój plan B

Niestety planu B nie mogło tutaj zabraknąć.

Arnold Schwarzenegger w jednym z wielu filmików, które możesz zobaczyć na YouTube, dzieli się swoimi życiowymi lekcjami. Jedna z nich głosi, aby człowiek zawsze zakładał sobie jeden plan. Nigdy nie myślał nad planem B, tylko realizował swój pierwszy określony cel. Bez żadnych awaryjnych, że w razie „na wypadek” coś się nie uda, mam plan B. I choć bardzo podoba mi się założenie Arnolda, to jednak ja jeszcze nie potrafię tak zaryzykować i postawić wszystkiego na jedną kartę. Pewnie, a nawet na pewno, trochę tchórzę…

Dlatego wymyśliłam – jak sądzę – genialny plan B. 😉 Jeśli moich produktów nie zechcecie, to wszystkie oddam na licytację na cele charytatywne – może ktoś zdecyduje się je zlicytować. 😉 A poza tym zdobędę sporo doświadczenia i wiedzy w prowadzeniu biznesu. Prawda? Niech te moje studia w końcu mi się przydadzą.Ale zacznijmy od początku… Skąd wziął się w mojej głowie pomysł na otwarcie sklepu internetowego?

Dlaczego sklep?

Okres ciąży i macierzyństwa nie był dla mnie łaskawy! Nawet napisałam tekst na temat moich „macierzyńskich” przemyśleń i emocji, ale – znowu to słowo! – zabrakło mi odwagi, aby opublikować ten wpis. Myślę, że dlatego, że nadal jest on dla mnie ważny i przede wszystkim osobisty… Zostawię go do poczytania dla Mai.

Jednak abyś dobrze mnie zrozumiała, muszę przedstawić Ci moje ciążowo – macierzyńskie perypetie w nieco ograniczonej wersji. Pomogą Ci one przede wszystkim zrozumieć moje aktualne działania, takie jak: otwarcie sklepu internetowego, powrót do pracy czy spełnianie swoich marzeń i pasji. I tego, dlaczego tak usilnie o siebie walczę.

O tym, że okres ciąży nie był dla mnie miłym doświadczeniem, już wiesz. Jednak to nie tak do końca, że wszystko w tej mojej ciąży było do kitu, ponieważ spotkały mnie w tym momencie również piękne chwile, takie jak słuchanie serduszka czy czucie kopniaczków! Ale niestety mam wrażenie, że więcej było tych stresujących chwil. Dlatego proszę, nie pytaj mnie o drugie dziecko, w dodatku podając przy tym kiepski argument, że „Maja zostanie gburem, samolubem czy jeszcze nie wiadomo kim”. Do rzeczy!

worko-plecaki dla dzieci

Po pierwsze, po urodzeniu Mai mocno podupadła moja samoakceptacja i wskaźnik kompleksów urósł do wartości maksymalnych. Przez długi czas nie mogłam pogodzić się z tym, jak bardzo moje ciało się zmieniło. Zresztą nie tylko ciało, ale też dotychczasowe życie… Pomimo tego, że planowałam ciążę, wizualizowałam sobie pewne rzeczy i je układałam, to jednak nijak miały się one do rzeczywistości. Myślałam, a nawet byłam pewna przed zdecydowaniem się na dziecko, że jestem gotowa na macierzyństwo…

Po drugie, hormony szalały jak opętane, do takiego stopnia, że otarłam się o depresję poporodową. Nic mnie w tamtym momencie nie cieszyło… Ciągle coś mnie stresowało: a to moje samopoczucie, a to złe wyniki badań Mai, a to, że się nie przekręca, a już powinna, a to, że się napina… i wiele innych „mądrych” rzeczy, które powinna robić, a nie robi. Dodatkowo ciągłe kłótnie z Rafałem i pretensje nie wnosiły nic dobrego do mojego stanu, a wręcz przeciwnie…

I w tym momencie dotknęłam swojego dna – mulistego i jakże obrzydliwego! Czułam i wiedziałam, że muszę zrobić coś ze swoim życiem, bo inaczej je zmarnuję. W dodatku w łóżeczku leżała mała, bezbronna istotka, której planowałam przekazać to, aby spełniała i realizowała swoje marzenia. Chciałam nauczyć ją żyć i podbijać świat! Ale jak miałam to zrobić, kiedy sama w głowie miałam niezły bałagan i tysiące wątpliwości?!

Jeden cel. Podnieść się!

Na początku zastanawiałam się, co takiego mogłabym zrobić, aby czuć się lepiej i poprawić swoją sytuację. Dużo myślałam! Nawet bardzo dużo! I doszłam do wniosku, że przede wszystkim muszę budować swoją niezależność finansową! To ona miała mi pozwolić na bezpieczeństwo moje i Mai.

W związku z tym analizowałam wiele wariantów, które pozwolą mi na jej zdobycie: powrót do pracy na cały etat czy jednak pół etatu mi wystarczy. Nawet nie obyło się bez myśli o powrocie do domu rodzinnego – ale zdecydowanie były to dla mnie za łatwe i bardzo przygnębiające warianty. Dlatego myślałam dalej… i gdzieś tam marzyłam o swoim małym biznesie, który da mi tę niezależność i coś własnego.

Otwarcie sklepu internetowego z własnymi produktami to może być coś.

Zdecydowałam się, że powoli będę zakładać sklep. W takim tempie, abym miała czas przede wszystkim dla córki, dla siebie…

Dlatego myślałam o produktach, które mogłabym sprzedawać w moim sklepie. Pomogło mi w tym moje jedno założenie: mają one być związane przede wszystkim z moją pasją rowerową.

nerki

Jestem przekonana, że z moimi produktami trafiłam w dziesiątkę! Worko-plecaki, nerki czy kosmetyczki są idealne, aby zabrać je na przejażdżkę rowerową. Zresztą sama z doświadczenia wiem, jak ważne jest to, aby mieć możliwość schowania telefonu czy innych potrzebnych rzeczy w miejscu, z którego nam nie wypadną.

Nie znaczy to, że worki, nerki czy kosmetyczki są tylko na rower! Idealnie sprawdzą się również na rolkach, spacerach, spotkaniach z przyjaciółmi, wakacjach, wycieczkach, w drodze do szkoły, pracy…

Ponadto – uwaga, uwaga! Piszę to tutaj po raz pierwszy! – myślę o dołożeniu do swojej oferty „Pamiętnika podróżnika”. Takiego pamiętnika, w którym znajdziesz wszystko to, co dotyczy podróżowania, np. wszelkiego rodzaju przydatne listy, porady, a także miejsce na Twoje przemyślenia, notatki, zdjęcia. Co Ty na to?

Jeszcze jedno! Już na dniach będziesz mogła wziąć udział w konkursie, w którym do wygrania będą worko-plecaki oraz nerki! Myślę jeszcze nad kreatywnym zadaniem dla Ciebie. A może Ty masz jakiś pomysł? Chętnie go rozważę.


Opublikowano 7 komentarzy

Pokonywanie kolejnych kilometrów jest jak narkotyk – Anna Kruczkowska

Jak sama mówi, na rowerze jeździ odkąd pamięta. Już od najmłodszych lat wsiadała na swój mały rowerek z kółkami u boku i jeździła wokół sadu dziadków. Później wsiadała na rower już jako nastolatka, matka, a teraz babcia… Już nie pedałuje wokół sadu, lecz planuje długie, kilkudniowe wyprawy rowerowe po Polsce i zagranicą. Ale to nie wszystko! Ania bierze udziały w maratonach oraz ultramaratonach, pokonując na nich ogromne ilości kilometrów – 430 km na dobę!

Aktualnie Ania przeprowadziła się w Góry Izerskie, gdzie prowadzi małe gospodarstwo, remontuje 150-letni dom i planuje otworzyć małe agro. Oczywiście, w wolnych chwilach zwiedza na rowerze Góry Izerskie oraz Podgórze.

Dzisiaj chcę Wam przedstawić historię Anii, która spełniła swoje dziecięce marzenie, udowadniając tym, że nigdy nie jest za późno na realizacje tego, czego od życia oczekujemy. A z czasem spełnione marzenia mogą przerodzić się w nałóg! Zapraszam!

Może zacznijmy od początku? Pamiętasz swoją naukę i pierwszą jazdę na rowerze?

Pamiętam swój pierwszy rower, był to Romet. Mogłam mieć 4-5 lat, gdy go dostałam. Nie przypominał on znanych mi współcześnie rowerków. Owszem kółka mogły mieć 16′, ale rama była „męska” . Siodło było wąskie, długie i bardzo wygodne. Początkowo jeździłam z doczepianymi kółkami, ale wbrew opinii, że dyslektykom (a jestem wybitnie dyslektyczna) trudno jest nauczyć się jazdy na rowerze ze względu na umiejętność zachowania równowagi, dosyć szybko opanowałam sztukę jazdy na dwóch kółkach i jeździłam tym rowerkiem w odwiedziny do babć.

Kiedy w Twoim życiu pojawił się rower? Tzn. Kiedy pomyślałaś, że to jest „coś” takiego, co sprawia Ci radość i zadowolenie?

Chyba od początku możliwość szybkiego poruszania się sprawiała mi frajdę, dawała swego rodzaju niezależność. Na kultowych Wigrach 3 kręciłam kółka wokół sadu dziadków, dopóki nie dostałam karty rowerowej, a egzamin zdałam w pierwszym możliwym terminie. Zaraz potem, mając już urzędowy dokument ruszyłam „na asfalty”. Rower stał się wówczas ucieczką od toksycznych relacji z babcią, która po śmierci mamy zajęła się moim wychowaniem.

Możesz mi powiedzieć, skąd u tak młodej dziewczynki marzenia dotyczące wyprawy rowerowej? Dlaczego akurat wyprawa rowerowa?

W siódmej klasie razem z kolegą przygotowywaliśmy się do olimpiady geograficznej. Spędzaliśmy więc sporo czasem razem i to wówczas, pod wpływem audycji „Lato z Radiem” , której namiętnie się wówczas słuchało zaczęliśmy marzyć, ba wręcz planować taką eskapadę.

Co się stało, że zdecydowałaś się więc wziąć ze sobą sakwy i popedałować w świat?

Pomysł na wyprawy z sakwami narodził się w czasie jednej z pierwszych wycieczek z najmłodszą córką. Gui (skrót od Guitarowa) wymyśliła sobie zdobycie odznaki Miłośnika Latarń Morskich, jednak z dojazdem do nich na rowerze. Pierwsze wypady były dwudniowe- pierwszy na Wolin, gdzie nocowałyśmy u znajomych, drugi do Darłówka. Dopiero w kolejnym roku przejechałyśmy trasę z Koszalina na Hel.

Rowerowa rodzina? W takim razie, jak wychować „rowerowe nastolatki” i nie zniechęcić je do jazdy na rowerze? Sama mam w domu 9-miesięczną córkę, którą będę chciała zarazić miłością do roweru. Może jakieś wskazówki?

Nie jest to proste pytanie. Moje dzieci można rzec, że wyssały miłość do roweru z mlekiem matki, choć tylko u dziewcząt przerodziło się to w pasję. Rowerem dojeżdżałam do pracy nawet będąc już w zaawansowanej ciąży. Szybko zamontowałam foteliki i całe wakacje jeździliśmy nad morze. Gdy jednak przestały okazywać entuzjazm na propozycję wycieczki, nie zmuszałam, tylko jeździłam sama. A potem to Gui, słuchając mojej opowieści o przygodach na trasie, poprosiła bym zaplanowała wycieczkę ze zwiedzaniem okolicy. Najstarsza córka, czyli Mytopea dołączyła do nas nie co później. Czyli wniosek – nic na siłę. Dziecko musi samo poczuć bakcyla.

Przejeżdżasz ogromne ilości kilometrów, jak się motywujesz w chwilach kryzysu, bo pewnie takie momenty Cię dopadają. O czy wtedy myślisz?

To zależy. O jakich kryzysach myślisz. Jeśli chodzi o regularność treningów, to jeśli nie mam ochoty, odpuszczam, wiedząc, że nic na siłę. Na trasie kryzysy zdarzają mi się rzadko, bo wyznaję zasadę, że jedzie głowa, nogi i reszta ciała są sprawą drugorzędną. A przy tym jestem ambitna i uparta. W czasie ponad 50 maratonów chyba tylko 3 albo 4 razy zdecydowałam się na skrócenie dystansu, bo nie głowa „przestała jechać”. O czym myślę na trasie? Przez pierwsze sto kilometrów jadę jeszcze z całym domem ma głowie, mam jakieś sprawy do przemyślenia. Po stu kilometrach zazwyczaj wszystko ulatuje i liczy się tylko droga. Pokonywane kilometry, czasem układam w myślach ładne zdania do umieszczenia na blogu.

Twoja najcięższa pod względem psychicznym podróż, to?

Najtrudniejszym był chyba dla mnie Ultramaraton w Świnoujściu w 2015 roku. Przed 50 kilometrów podejmowałam decyzję o skróceniu dystansu. Było zimno, mokro, jechało się koszmarnie. A decyzja była wyjątkowo trudna, bo wiązało się z nią zwycięstwo w całym cyklu Supermaratonów Szosowych. Ambicje wołały dasz radę, będziesz liderką, a rozum podpowiadał: dojedziesz w środku nocy, bez wsparcia, to będzie niebezpieczne i głupie. Na szczęście rozsądek zwyciężył.

Czasami jednak lepiej odpuścić – choć jak wiadomo jest trudno. Tym bardzie, że chodziło o zwycięstwo. Powiedź, czy masz plany rowerowe na przyszłość?

Z Gui mamy zaległą wyprawę szlakiem Green Velo. Marzy mi się też szlak Odra-Nysa, bo swoje Bałtyk- Izery robiłam po polskich drogach. Jeśli jednak wybiorę się z sakwami, to zapewne będzie nam towarzyszyć przyczepka rowerowa z małą Matyldą, córką Gui. Najpierw jednak czeka mnie jeszcze mnóstwo izerskich ścieżek.

Piękne plany i gorąco polecam szlak Green Velo – byłam i mam zamiar na niego jeszcze powrócić. A co takiego mogłabyś powiedzieć początkującym rowerzystkom?

Tu mogłabym zrobić cały wykład o marzeniach i ich realizacji, o niepoddawaniu się, akceptacji siebie i swoich słabości, a także nieoglądaniu się na innych. Jeśli chce się jeździć na rowerze, to nie warto szukać wymówek, trzeba znaleźć towarzyszkę lub towarzysza wycieczek lub… polubić wielogodzinną samotność. Najważniejsze jednak to po prostu mieć niezachwianą wiarę w swoje możliwości i konsekwencję w dążeniu do celu.

A Tobie, co takiego mogłabym powiedzieć?

To samo, co i ja mogę powiedzieć Tobie i każdej rowerzystce: – Do zobaczenia na trasie!

Jeśli chcesz poznać Anię lepiej, to gorąco zapraszam na jej bloga Kobiece rozmówki przy herbacie… i na rowerze Ania piszę o swoim mieszkaniu w Domku pod Orzechem, o podróżach – nie tylko tych rowerowych. Znajdziesz u niej również ciekawe przepisy do wypróbowania, ale również mnóstwo ciekawych zdjęć z zawodów sportowych.

Przeczytaj także:

Wyprawa rowerowa cz. 1 – GREEN VELO

Wyprawa rowerowa cz. 2 – GREEN VELO

Teraz żyję z wielką kolarską pasją – Zuzia Wilk

Zrób to, bo naprawdę warto!Nocleg podczas wyprawy rowerowej

Czy podróże uczą?

Opublikowano 13 komentarzy

Wyprawa rowerowa cz. 2 – GREEN VELO

Stoję przy kuchni i gotuję sos pomidorowy z kurczakiem. Szybkimi ruchami uderzam drewnianą łopatką o krawędź patelni, tak jakbym ścigała się z pojawiającymi się na niej pomidorowymi gejzerami – kto pierwszy. Patrzę na nie i myślę sobie: „Który to już raz gotuję makaron z sosem o siódmej rano?”. Nie zdążam jednak ani pomyśleć, ani policzyć, bo z zamyślenia wyrywa mnie głos Rafała, który właśnie odsuwał roletę: „Jest wietrznie i pochmurnie”. Nic mu nie odpowiedziałam, tylko wyłączyłam gotujący się sos z kurczakiem i podeszłam do okna, jakbym nie wierzyła w to, co powiedział. Niestety miał rację.

Pogoda nie zachęcała do wyjścia z domu, a tym bardziej do całodniowej jazdy rowerem…

Kurczę, nie tak sobie wyobrażałam pierwszy dzień wyprawy rowerowej w Bieszczady. W dodatku doskonale przypominały mi o tym przygotowane poprzedniego wieczoru ubrania leżące na kanapie. Dzisiejszego ranka miałam włożyć na siebie koszulkę z krótkim rękawem, spodenki, a także okulary przeciwsłoneczne. Bo przecież tak kojarzy mi się rozpoczęcie wakacji: słonecznie i przyjemnie. I właśnie to myślenie mnie zgubiło, gdyż nawet nie brałam pod uwagę tego, że będę musiała w ten dzień zmienić plany i ubrać coś cieplejszego.

Ponadto już od rana, zamiast cieszyć się rozpoczęciem mojego urlopu, musiałam złościć się na siebie, że nie przewidziałam takiej sytuacji. W związku z tym zaczęłam od nowa grzebać w sakwach i przerzucać w nich ubrania. A przecież wczorajszego wieczoru wszystko sobie w nich tak ładnie poukładałam… Ręcznik, ubrania do spania, kosmetyczkę, śpiwór, materac, a także ubrania przeciwdeszczowe w jednej sakwie, a całą resztę ubrań w drugiej. I może nie byłoby w tym nic złego, gdybym spodni i bluzy z długim rękawem nie upchała na samym dnie sakwy… Ubrałam się w cieplejszą odzież i usiadłam do stołu, aby zjeść przygotowane przeze mnie „śniadanie”.

Makaron z sosem pomidorowym jedliśmy z Rafałem w ciszy. Tylko od czasu do czasu któreś z nas zapytało: „Czy plastry na wypadek otarć zostały zabrane?” „Bierzemy patelnię?” „Gdzie schowaliśmy portfele i dokumenty?”. Czuć – a także widać – że jesteśmy zestresowani całą tą wyprawą. Bo choć lubię makaron z sosem pomidorowym, to jednak powód, dla którego jemy go o tak wczesnej porze, sprawia, że nie jestem w stanie go przełknąć. I dobrze wiem, że w takich momentach to przede wszystkim stres działa niekorzystnie na mój żołądek, któremu tak trudno zaakceptować posiłek. Mimo to jem na przymus , bo wiem, że za kilka godzin, kiedy ten cały stres opadnie, będę wilczo głodna.

Jesteśmy „najedzeni” i spakowani. Sakwy, wszystkie dodatkowe rzeczy, które musimy zabrać, a także rowery wystawiliśmy przed blok. Zaraz do naszych rowerów przypniemy bagaże i ruszymy w podróż w Bieszczady. Jeszcze tylko klucze do mieszkania zostało nam powierzyć Oli i… ahoj, przygodo!

Okej, czas wyruszyć. Wsiadamy na obładowane rowery i próbujemy jechać. Śmiejemy się z naszej nieudolnej jazdy, ponieważ „zataczamy się” od jednego krawężnika do drugiego. Patrzymy tylko, czy któreś z nas nie wywinie na swoim rowerze orła. Nie jesteśmy jeszcze przyzwyczajeni do jazdy z bagażami, a w dodatku stres robi swoje i telepie naszymi ciałami, sprawiając, że wykorzystujemy do jazdy cały chodnik. Zaraz to minie i będziemy już jechać normalnie. 

Jesteśmy kilka kilometrów za Olsztynem…

Drogę, którą jeszcze jedziemy, dobrze znam – podczas przygotowań do tej wyprawy rowerowej przejeżdżaliśmy nią kilka razy. To sprawia, że nadal czuję się, jakbym wyszła na krótką przejażdżkę rowerową i zaraz wrócę do domu. Dojeżdżamy jednak do skrzyżowania, na którym tym razem nie pojedziemy w stronę Butryn, tak jak zawsze, tylko prosto na Dźwierzuty.

Aklimatyzację do wyprawy rowerowej w Bieszczady utrudnia wiatr, który wieje nam prosto w twarze. Powoduje, że każde naciśnięcie pedała to walka z samym sobą. Szukasz wtedy w głowie – a przynajmniej ja – najlepszych powodów motywujących do dalszego pedałowania. Dlatego zdecydowanie nie lubię takiej wietrznej pogody w pierwszym dniu wyprawy rowerowej, ponieważ szybko przychodzą zmęczenie, frustracja, kryzysy, a także pytanie: „Dlaczego pedałujesz, a nie pojechałaś na przykład gdzieś odpocząć, poleżeć czy połazić?”.

Bo musisz coś wiedzieć: czas spędzony na rowerze podczas takiej wyprawy jest przede wszystkim dla ciebie. Jest to chwila, aby pomyśleć nad swoim życiem, chwila na obserwację otoczenia, na analizę świata, na nowe postanowienia, a także, z pewnością, na poznanie siebie. Bez wątpienia podróżowanie rowerem uczy – odwagi, bycia samym ze sobą czy podejmowania sprawnych decyzji. Tymczasem my pedałujemy dalej…

Zatrzymaliśmy się za Dźwierzutami przy lasku, w którym zaspokoiliśmy swoje potrzeby fizjologiczne – toi toi na trasie tak często nie ma – a także wypiliśmy kefir z owocami. Ustaliliśmy wtedy, że przerwę na jedzenie zrobimy gdzieś dalej. W innym, przyjemnym miejscu – a z doświadczenia wiemy, że na trasie zawsze można spotkać wiele ciekawych i przyjaznych miejsc.

I jednym z takich miejsc, w którym zrobiliśmy sobie przerwę, aby coś zjeść, był mostek nad jeziorem w Piasutnie. Zjedliśmy naleśniki z truskawkami, które zostały nam z kolacji z poprzedniego dnia. A po takim wysiłku smakowały one jak posiłek przyrządzony przez szefa kuchni w jakiejś drogiej i ekskluzywnej restauracji. Dosłownie! Zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć i z powrotem wsiedliśmy na swoje rowery, ponieważ pogoda nie zachęcała do dłuższego odpoczynku.


Pomału pedałujemy w stronę Łomży. Dzięki temu mamy możliwość przyjrzenia się zabudowaniom, kwiatom (zauważyłam w ogródkach ludzi piękne, pnącą, mające dużą liczbę pąków róże – może wiesz, jak się nazywa? Chętnie ją kupię do swojego ogródka), drzewom, jeziorom, a także polom. Samochody mijają nas i wyprzedzają. Przejeżdżamy obok hodowli pstrągów, pedałujemy pod górkę, a później z niej zjeżdżamy.

Mnie jest już przyjemnie, stres opadł i mogę już myśleć o wyprawie, ale Rafał zdecydowanie jeszcze tego nie może…

Jechał z tyłu z miną zbitego psa i powtarzał mi, że nie wie, po co jedzie, i pewnie to będzie jego ostatnia wyprawa rowerowa. Próbowałam go motywować i zachęcać, ale nie przyniosło to wielkiego sukcesu, a wręcz przeciwnie. Wolałam go dodatkowo nie wkurzać – bo jeszcze mi się rozmyśli – więc postanowiłam jechać z przodu i pilnować trasy.

Do moich zadań na wyprawie rowerowej zawsze należy pilnowanie trasy. I tym razem też tak było. Miałam przed sobą w mapniku mapę samochodową Polski, a także przygotowaną karteczkę z miejscowościami, przez które mieliśmy przejeżdżać. Życie jednak szybko tę karteczkę zweryfikowało i już na początku naszej wyprawy nie obyło się bez przygód. Na kartce miałam wypisane wszystkie miejscowości, przez które mieliśmy przejeżdżać, aby w łatwy sposób dojechać do Łomży – tak myślałam.

W rzeczywistości okazało się, że albo na owej kartce nie ma danej miejscowości czy nawet znaku mówiącego, że jesteśmy w danym miejscu, albo, co najlepsze, miasteczka i wioski wyrastały nam przed nosem. Dlatego często posiłkowaliśmy się GPS-em z telefonu, a w związku z tym często się zatrzymywaliśmy, aby sprawdzić drogę – czy na pewno dobrze jedziemy. Dodatkowo w GPS-ie wybieraliśmy jak najkrótsze drogi. To w głównej mierze przyczyniło się do tego, że jechaliśmy przez lasy, drogi piaszczyste, a także „moje ulubione” kocie łby.

Podczas jednej z takich przymusowych przerw na sprawdzenie drogi zatrzymał się obok nas ciągnik z szambiarką i rolnik nim kierujący wyraził swoje oburzenie (delikatnie mówiąc): dlaczego robimy mu zdjęcia, mamy je natychmiast usunąć! Pierwszy raz coś takiego zdarzyło mi się na wyprawie rowerowej, więc trochę się przestraszyłam. Bo może to drugie Wilkowyje i zaraz zlecą się sąsiedzi z widłami i innymi narzędziami? Zaskoczyło mnie to, ponieważ ludzie zazwyczaj są bardzo uprzejmi i pomocni. A tu taka sytuacja, w której Pan nawet nie wiedział, co takiego robimy, i od razu założył, że robimy mu zdjęcia. Ale po co akurat szambiarce?

Jak widzicie, na trasie zdarzają się różne sytuacje. Czasami są dziwne i niebezpieczne, a czasami przyjemne i bardzo pomocne.

Podczas jazdy na rowerze można również zobaczyć wiele ciekawych rzeczy. Jedną z takich przyjemnych dla oczu okoliczności zobaczyliśmy w Farynach, gdzie Pan na swojej stodole (czy oborniku) malował piękny obraz przedstawiający galopujące konie. Ten malunek wyglądał pięknie! I zdecydowanie „fotogeniczny” niestety po sytuacji z rolnikiem z szambiarki wolałam nie ryzykować i nie denerwować gospodarza. Bo kto wie, czy nie jechałabym dalej na kolorowym rowerze. ;p

Dojechaliśmy do Turośli, gdzie zjedliśmy obiad. Nie kupowaliśmy nic, ponieważ mieliśmy resztę sosu pomidorowego z kurczakiem, który został nam ze śniadania. Dlatego też od razu szukaliśmy miejsca, w którym mogliśmy zjeść posiłek i odpocząć, a nie sklepu czy restauracji. Rozłożyliśmy się więc w centrum wsi, gdzie znajduje się „rondo”, a w środku niego kilka ławek i kwiaty.

Pogoda się poprawiła, choć nadal delikatnie wiał wiatr, który sprawiał, że trudno było nam utrzymać płomień na kuchence. Otoczyliśmy ją więc sakwami, które pomogły ochronić płomień przez ugaszeniem, i udało nam się podgrzać makaron z sosem. Zjedliśmy go i wyruszyliśmy dalej.

Mieliśmy za sobą już sporo kilometrów, które dobrze czułam w nogach, w tyłku, a także w głowie.

Pedałowanie przychodzi z trudem i fakt, że do punktu końcowego dzisiejszej trasy został jeszcze spory kawałek, wcale niczego nie ułatwia. Ale tak naprawdę nie masz już wyjścia, bo przecież już nie zawrócisz, a przystanek wcześniej, niż zaplanowałaś, może sprawić, że nie zdążysz dojechać do wyznaczonego celu. Dlatego musisz wsiąść na rower i mijać kolejne znaki, drzewa i domy. Czasami tę monotonną jazdę przerwą ciekawe miejsce, widok, krótka rozmowa z kompanem czy akurat przejeżdżający obok Ciebie sznur samochodów weselnych. ;p

Udało nam się dojechać do Nowogrodu i wjechać na drogę 645 prosto do Łomży. Już zanim wjechaliśmy na tę drogę, wiedzieliśmy, że jest ona niebezpieczna, a samochody jeżdżą z nadmierną prędkością – chwilę więc przed nią staliśmy i obserwowaliśmy ją. Zdecydowanie nie lubię po takich drogach jechać rowerem. Moja zasada była prosta: jadę tak, aby jak najszybciej tę drogę przejechać, a w razie W zjechać całkiem na pobocze.

W połowie drogi Rafał musiał się jednak zatrzymać, ponieważ w jego rowerze zaczęło „latać” koło. W tym samym czasie zorientowałam się, że na mojej kierownicy nie ma licznika rowerowego. Chciałam sprawdzić, która jest godzina, ponieważ miałam wrażenie, że jest już późno. Odchyliłam mapnik, a tu niespodzianka – nie ma licznika. Prawdopodobnie mapnik w niefortunny sposób uciskał na licznik i go wypchnął z zapięcia. Dlatego mam nauczkę i już wiem, że nie sprawdza się u mnie licznik z systemem wsuwania, lecz tylko z systemem wkręcania do uchwytu.

Chwilę jeszcze szukałam. Wróciłam kilka metrów już pieszo, aby sprawdzić, czy na pewno licznika nie zgubiłam teraz, podczas zatrzymania się. Niestety nie.

Akurat obok nas przejeżdżał na rowerze Pan, który się nami zainteresował. Rozmawialiśmy chwilę o rowerach, Pan pytał, skąd i dokąd jedziemy, a my zainteresowaliśmy się, czy może wie, gdzie rozpoczyna się szlak GREEN VELO, którym zamierzamy jechać w Bieszczady. Zapytaliśmy również, gdzie możemy przenocować w Łomży, czy jest jakiś camping. Pan z entuzjazmem zaproponował nam, że zaprowadzi nas na sam camping – a tamtędy przechodzi szlak GREEN VELO, więc jutro od razu na niego wjedziemy. 

Dojechaliśmy wraz z Panem do campingu, który znajduje się nad samą rzeką. Podziękowaliśmy mu za pomoc i się pożegnaliśmy. Zaczęliśmy się rozglądać po miejscu, w którym spędzimy pierwszą noc na wyprawie rowerowej. Miejsce wyglądało przyjemnie i bezpiecznie, a poza tym akurat trwała impreza w stylu „dni Łomży”. Dzięki temu mieliśmy okazję posłuchać pięknie śpiewanych piosenek Stachury oraz zjeść pyszne ciasto jogurtowe.

Zdecydowanie chciałabym, aby każdy dzień wyprawy kończył nam się w taki miły sposób.

Udaliśmy się w kierunku campingu, na którym mieliśmy spać. Co lepsze, przywitała nas Pani z Niemiec, tłumacząc nam po angielsku, gdzie jest właściciel i gdzie możemy dokonać opłaty za nocleg. Dzięki temu zauważyłam, że w stresujących sytuacjach mój angielski nie jest aż taki kiepski. Od razu poszliśmy we wskazane miejsce, aby dokonać opłaty i dopytać o szczegóły.

Rozbiliśmy namiot i wypakowaliśmy z sakwy najpotrzebniejsze rzeczy. Najpierw ja się wykąpię, później Rafał, a po wszystkim razem pójdziemy zwiedzać miasto. W końcu cały stres i zmęczenie związane z całodniową jazdą na rowerze odeszły, a pozostały tylko radość i satysfakcja. Nawet Rafałowi wrócił humor i chęci do przeżycia ciekawej przygody – co ten Stachura z nim robi… ;p

Podczas wizyty w „łazience” (kontener przerobiony na łazienkę) zamiast światła włączyłam alarm. Już się martwiłam, że ktoś przyjdzie sprawdzić, co się dzieje, więc moja kąpiel przebiegała w stresujących warunkach. Od razu uprzedziłam Rafała, aby nie wciskał tego włącznika, bo to alarm.

Odświeżeni i pełni energii wyszliśmy zwiedzać Łomżę, która wydała nam się przyjemnym miastem. Niestety nie mogliśmy wiele zobaczyć, ponieważ było już późno i ciemno, a poza tym czeka nas jutro kolejny pedałujący dzień…


Przeczytaj także:

Wyprawa rowerowa cz. 1 – GREEN VELO

Zrób to, bo naprawdę warto!

Nocleg podczas wyprawy rowerowej

Czy podróże uczą?

Teraz żyję z wielką kolarską pasją – Zuzia Wilk

Opublikowano 18 komentarzy

Teraz żyję z wielką kolarską pasją – Zuzia Wilk

Zuzia Wilk

Pasja do roweru zaczepiła ją kilka lat temu, a teraz to ona nie wypuszcza jej z rąk! Pragnie przekazywać ludziom uśmiech z rowerowo sportowej części świata. I muszę powiedzieć, że świetnie jej się to udaje! Na co dzień, prowadzi Instargama, na którym zaraża ludzi cyklozą i uśmiechem…

Dzisiaj porozmawiam z Zuzią Wilk o jej rowerowej pasji, a także planach. Z pewnością podpowie Wam, jak godzić wyjścia na rower z innymi obowiązkami. Wytłumaczy, czy jazda na rowerze to „męski sport”. Dowiecie się również, jak radzi sobie z „samotnością” na rowerze, a także odpowie na inne, ciekawe pytania. Zapraszam do poznania Zuzi!

Kim jest Zuzia Wilk? Jakie ma plany?

Jestem osiemnastolatką trochę inną niż wszystkie. Od małego wolałam sport i samochody niż lalki. Teraz żyję z wielką kolarską pasją. Mam duże ambicje, ale nie lubię czegoś robić za wszelką cenę. Codzienny cel? Zarażać ludzi cyklozą i być szczęśliwą.. Plany na przyszłość nie są zbyt wygórowane… Mam jedno dosyć niecodzienne marzenie: nie chciałabym pracować na etacie. Nie należę do ludzi którzy zawczasu planują zbyt dużo. W tym sezonie celuje w maratony MTB, zobaczymy co uda się ugrać;) Chcę zrobić też krok w przód i planuję spróbować się w wyścigu szosowym. Na początku szosa miała być tylko uzupełnieniem, ale kto wie może te wyścigi okażą się moją nową miłością?

Lubisz rywalizację?

To pytanie jest w sumie dosyć ciężkie. Moja odpowiedź to i tak i nie. Lubię jeździć na zawody. Kocham tę całą otoczkę. W jednym miejscu gromadzi się tyle ludzi zakochanych w tej samej pasji to cudowne. Z drugiej strony pod presją wyścigu przed startem mam zawsze problem ze stresem. Tego bardzo nie lubię, ale coraz lepiej też sobie z tym radzę. Na treningach jeżdżę dla siebie, nie lubię się wtedy spinać, a gdy na zawodach mam dobry dzień, to do każdej harcerki po kolei krzyczę żeby tylko dowiedzieć się czy daleko mam do jakiejś dziewczyny przede mną.

Co takiego daje Ci wyjście na rower, nie masz czasami go „po dziurki” w nosie?

Wiadomo, że czasem mi się nie chce. Jesteśmy przecież tylko ludźmi i nikt z nas nie jest alfą i omegą Ale zauważyłam, że im mniej się spinam tym bardziej mi się chce. Nie lubię trenować pod jakąś presją. Wielką miłością pałam za to do kolarstwa romantycznego. Delektowanie się zwykłą jazdą na rowerze i przysłowiowy wiatr we włosach, tego nie da się zastąpić niczym innym.

Na rowerze wszystkie nerwy odpływają, ból głowy znika a na buzi znów pojawia się uśmiech. To są właśnie objawy pasji:) a jak wiadomo ludzie z pasją żyją dłużej bo są po prostu szczęśliwsi:)


Tak naprawdę, to jazda na rowerze to sport indywidualny. Jak sobie radzisz „z samotnością”? O czym wtedy myślisz?

Można tak powiedzieć, że jest to sport indywidualny aczkolwiek ja nie zawsze tak to odbieram. Bardzo nie lubię trenować sama. Jest to dla mnie najgorsza zmora. Zawsze muszę się mieć do kogo odezwać, dlatego na treningi wybieram się z tatą, którym razem ze mną wkręcił się w kolarstwo. Wyścigi od znaku do znaku, czy od drzewa do drzewa. Śmiechy, ale też motywowanie się na stromych podjazdach.

Zresztą jazda z kimś ma też inne dno. Ja jestem osobą dosyć strachliwą i gdy sama robię trening najczęściej jest to szosa. Nie zapuszczam się do lasu.
A jak już przyjdzie mi samej wyjść na tę szosę to albo puszczam sobie muzykę, ale oczywiście tak żeby słyszeć samochody i otoczenie, nigdy głośność na full, albo rozmyślam o minionym lub kolejnym dniu:) jazda na rowerze to dobry czas na rozkminy Zdarzało mi się, że w głowie układałam sobie nawet opisy postów na Instagrama. Na treningi wybieram się z tatą i chłopakiem, który też jest rowerowo zakręcony.

Jazda na rowerze daje wiele korzyści. Sprawdź tutaj, o jakich mowa... Z pewnością nie przejedziesz obok nich obojętnie…

Jak godzisz wyjścia na rower z szkołą? Masz na to jakieś sprawdzone sposoby?

Największy problem jest zimą. Szybko robi się ciemno, a jeżdżenie z latarkami, to nie zawsze jest dobry pomysł. Wtedy stawiam na trenażer lub idę pobiegać. Uwielbiam kiedy szczęście się do mnie uśmiecha i są skrócone lekcje, wtedy jeszcze przy słoneczku można sobie pośmigać. Latem czy wiosną nie mam z tym problemu.

Nie należę do ludzi, którzy nie potrafią wyznaczyć sobie czasu na rzeczy, które sprawiają im przyjemność.

Wyznaję zasadę, że niedotleniony mózg gorzej pracuje. Dlatego koniec z końców, potrafię odpuścić naukę do sprawdzianu na rzecz kolarstwa.

Z doświadczenia oraz z obserwacji wiem, że dziewczyny w Twoim wieku mają problem z sprecyzowaniem tego, co chcą w życiu robić. U Ciebie jest inaczej?

Ja niestety jeszcze też mam problem ze sprecyzowaniem swojej przyszłości. Jestem w drugiej liceum a studia na które pójdę to dla mnie na razie wielka zagadka. Wiem, że musi być ciekawie i kreatywnie!

Poza tym jestem pewna, że będę chciała robić to, co będzie sprawiało mi przyjemność a nie tylko zapewniało korzyści majątkowe. Pewne jest to, że kolarstwo będzie ze mną na zawsze. A jak na razie cieszę się z tego co mam i żyje chwilą.

Dojeżdżasz rowerem do szkoły?

Nie dojeżdżam rowerem do szkoły, gdyż po prostu nie mam aż tak daleko. Lubię poranny spacer:) Dojeżdżanie rowerem wiąże się też z tym, że na czas lekcji trzeba zostawić go przed szkołą. Ja mega bym się bała o swoje maszynki Muszę je mieć zawsze na oku Nowy MTB na początku stał nawet w domu, a nie w garażu. Musiał nacieszyć mój wzrok.

Czy myślałaś o sakwach i podróżach rowerem?

Nigdy o tym nie myślałam. Może dlatego, że nie czuję się dobrze na długich dystansach. A takie wyprawy to przecież setki kilometrów tygodniowo, czasem nawet po 100 dziennie. Dodatkowo ciężar sakw. Ale w sumie też niezapomniana przygoda! Na tą chwilę raczej nie, ale kiedyś kto wie.

Co byś powiedziała dziewczyną na samym początku ich przygody z rowerem?

Przede wszystkim nie ma się czego bać i wstydzić! Tak jak cały sport tak i kolarstwo jest dla każdego Nie ważne czy chłopak czy dziewczyna, czy niska czy wysoka, czy jeździ rekreacyjnie czy się ściga. Ważne, że łączy nas pasja!

A masz dla nich jakąś najważniejszą radę?

W tym kontekście warto jeszcze powiedzieć o temacie kasków. Wydaję mi się, że właśnie dziewczyny mają często problem w związku z noszeniem ich.. Jak ja będę w tym wyglądała? Co o mnie pomyślą? Po co mi ten kask?
Dziewczyny, bezpieczeństwo jest najważniejsze, życie mamy tylko jedne;) nie ma co sobie go sobie skracać, lepiej mieć więcej dni na jazdę;)

Kolarstwo to taki „męski” sport. Doświadczasz tego?

Szczerze powiedziawszy to nie. Faceci mają inną naturę. Kilka razy zdarzyło mi się, że mieli problem żeby zjechać na bok gdy się ich mijało na zawodach, ale ja tak czy siak staram się to olewać.

Przez wiele lat trenowania i grania w piłkę nożną z chłopakami przyzwyczaiłam się, że ich zachowania są czasem nie na miejscu więc teraz aż tak to mnie nie rusza. Oczywiście zdarzają się też bardzo mili panowie! Byłam kilka razy w takich sytuacjach że mężczyźni nawet sami oferowali koło, zdarzało się pomaganie na trasie czy fajne rozmowy:)

Czego mogę Ci życzyć?

Hmmm.. Pewnie jeszcze więcej uśmiechu, siły i ambicji;) to wszystko związane jest z tym czego potrzebuję żeby poprzez social media przekazywać ludziom naszą piękną pasję! Możesz życzyć tego żeby udało mi się zarazić cyklozą coraz więcej nowych osób, a w szczególności babeczek! Im nas więcej w kolarskim świecie tym lepiej!

Dziękuję za rozmowę.

Opublikowano 8 komentarzy

Konkurs! Weź mnie na rower!

Hej! Już za chwilę sezon na rowerowe przejażdżki. Myślisz już o nich? Bo ja bardzo! Najbardziej nie mogę doczekać się odkrycia nowych, przyjemnych miejsc w mojej okolicy, a także tego, że w tym roku będziemy na rowerach jeździć we trójkę. Dlatego myślę, że warto pomyśleć już teraz o swoich wycieczkach rowerowych i zrobić na ten sezon ich plan. Z pewnością opłaca się również zastanowić, gdzie możemy pojechać na przejażdżkę rowerową, co zwiedzić i przede wszystkim, co ze sobą zabrać. Z tej okazji mam dla Was niespodziankę! Konkurs!

Rower to taki pojazd, w którym z pewnością brakuje miejsca na schowanie wszystkich naszych „skarbów świata” z torebki. Ale nic dziwnego, że takich miejsc rower nie posiada, bo może wiesz, ale rower skonstruował mężczyzna. :p Dlatego przygotowałam dla Was świetny konkurs, który niweluje jego błąd konstrukcyjny.      

Zadanie do wykonania jest proste! Musisz tylko odpowiedzieć na jedno, łatwe pytanie: Bez jakiej rzeczy nie wyobrażasz sobie udanej przejażdżki rowerowej i dlaczego? 

A teraz najważniejsze! Do wygrania elegancki worko – plecak, który z pewnością już niedługo ułatwi Ci wyjścia na rower.:) Dzięki niemu na wycieczkę zabierzesz wszystkie swoje najpotrzebniejsze rzeczy. Ma on jeszcze jedną dodatkową zaletę! Jest wykonany z materiałów wodoodpornych.

Lubisz wygodę i praktyczność? Uwielbiasz piękne i przede wszystkim kobiece dodatki do stroju? To ten konkurs z pewnością jest dla Ciebie!

Wystarczy tylko, że swoją odpowiedź umieścić w komentarzu pod tym wpisem. Koniecznie róbcie to szybko, bo czasu jest mało. Na Wasze odpowiedzi czekam do poniedziałku 18.  lutego do końca dnia. Wyniki konkursu ogłoszę 20. lutego! Szczegóły znajdziesz w Regulaminie konkursu.

Także tego, powodzenia!

Opublikowano 7 komentarzy

Zrób to, bo naprawdę warto!

warto jeździć na rowerze

Wszedł do mieszkania z ewidentnym nadmiarem endorfin. Od razu można było to zauważyć, ponieważ gadał jak najęty i niczym nie byłam w stanie tego przerwać. Nawet fakt, że swoim zachowaniem mógł obudzić Pchełę, która dopiero co zasnęła, nie zdołał go uspokoić. Łaził po pokoju, mając w sobie całe stado hormonów szczęścia, i opowiadał, jak było na przejażdżce rowerowej. Między zdaniami opisującymi jego rewelacyjny nastrój usłyszałam: „jazda na rowerze leczy mnie z depresji”.

Gdy widzę go, jak wraca do domu po przejażdżce rowerowej, wiem, że ten rower na pewno mu w dużej mierze pomaga. Ty jednak pamiętaj – jeżeli czujesz, że możesz mieć problem z depresją, to w pierwszej kolejności zgłoś się do lekarza! Aktywność fizyczna może Ci pomóc, ale nie jest lekarstwem na tę chorobę.

Musisz wiedzieć coś jeszcze! Jazda na rowerze poprawia Twoje zdrowie psychiczne, ale nie tylko to! Istnieje całe mnóstwo powodów, dla których powinnaś już dziś zacząć jeździć na rowerze. W dzisiejszym wpisie przedstawię Ci pięć konkretnych argumentów, które przemawiają za tym, że warto podjąć tę aktywność. Więc lepiej się z nimi zapoznaj i myśl już, gdzie udasz się na przejażdżkę. 😛

A może szlak GREEN VELO? W tym wpisie opisałam naszą przygodę rowerową w Bieszczady. Zainspiruj się!

Zdrowie

Wybierając pomiędzy wyjściem na rower a obejrzeniem serialu, zdecydowanie wybierz to pierwsze! Systematyczna jazda na rowerze poprawia Twój metabolizm, ale również Twoje samopoczucie. Musisz wiedzieć, że jeszcze przez kilka godzin po aktywności fizycznej Twój metabolizm działa na wysokich obrotach.

Jazda na rowerze to przede wszystkim ćwiczenie aerobowe, które doskonale dotlenia organizm, a dzięki temu poprawia krążenie i pracę serca.

Bez wątpienia wyrobisz sobie lepszą kondycję, więc wchodzenie po schodach nie będzie już takie straszne. A dodatkowo wzmocnisz mięśnie pleców, które odpowiadają za Twoją postawę.

Wiesz na pewno, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Jeśli więc nie chcesz wydawać pieniędzy na lekarzy – bo na NFZ nie ma szans – to idź na rower! Bez wątpienia w pewnym stopniu pomoże Ci to zapobiec rozwojowi chorób cywilizacyjnych, takich jak cukrzyca czy nadciśnienie! Przy okazji zaoszczędzisz też na lekarzach.

 Masz więcej pieniędzy w portfelu

Zakup roweru to jedna z najlepszych inwestycji, jakie mogłam w życiu zrealizować. Nie dość, że dzięki niemu znalazłam pasję i możliwość czerpania przyjemności, to w dodatku z mojego portfela nie ucieka aż tyle kasy.

Oszczędność pieniędzy to przede wszystkim jeden z powodów, dla których zainwestowałam w zakup mojego jednośladu. Wiecie, że gdy przesiadłam się z komunikacji miejskiej na rower – oczywiście tylko w miesiącach letnich – to w czasie trwania moich studiów licencjackich zaoszczędziłam na biletach 1000 zł?!

Po trzech latach studiowania miałam więc i obroniony licencjat, i dobrą inwestycję rowerową! :p

Poza tym dzięki temu, że wraz z Rafałem na co dzień jeździmy rowerami do pracy i nie tylko – chwilowo niestety w tym nie uczestniczę, ale zaraz wracam – oszczędzamy konkretne pieniądze. Sama zobacz!

Dojeżdżając do pracy 6 kilometrów w jedną stronę samochodem, w mieście, w ciągu miesiąca na paliwo wydawaliśmy kwoty rzędu 150–200 zł. A to tylko paliwo! Nie zapomnij o kosztach eksploatacyjnych samochodu, np. o wymianie oleju, myjni itp., które są zdecydowanie wyższe niż w przypadku roweru.

Dzięki jeździe na rowerze do pracy i w inne miejsca, jak widzisz, da się zaoszczędzić sporo gotówki.

A nadwyżkę pieniędzy z pewnością możesz przeznaczyć na inne przyjemności – nawet na nowy rower!

Jeszcze jedno! Rower generuje oszczędności nie tylko w postaci banknotów zatrzymanych w portfelu, ale także w ilości dodatkowego czasu.

warto jeździć na rowerze

Czas masz w kieszeni

Jeżdżąc na rowerze, jesteś w stanie „wyprzedzić” komunikację miejską – na przystanku nie czekasz na autobus, któremu zdarza się spóźnić albo podjechać z taką liczbą pasażerów, że nie masz możliwości do niego wsiąść.

Pamiętam dobrze, jak jeszcze na studiach – zanim kupiłam rower – denerwował mnie fakt czekania na komunikację miejską. Po wyjściu z zajęć docierałam na przystanek i najczęściej okazywało się, że na autobus muszę czekać dodatkowo około 15 minut. Przy dobrych wiatrach można było do niego wejść, ponieważ nie został jeszcze zapełniony przez pasażerów.

W ciągu tych piętnastu minut potrafiłam już, dzięki rowerowi, pojawić się w mieszkaniu – bo tyle zajmowała mi droga z uczelni na stancję.

Dlatego jeśli zdarzyło się na studiach, że zajęcia zostały odwołane lub przełożone, to nie zastanawiałam się długo, tylko jechałam do mieszkania zjeść obiad albo się pouczyć.

To tylko komunikacja miejska, a są przecież jeszcze korki w godzinach szczytu, które dzięki jeździe na rowerze możesz swobodnie ominąć. Oszczędzasz przy tym przede wszystkim swoje nerwy, a także konieczność obserwowania przed Twoją maską samochodów, które, jak Ci się wydaje, stoją w miejscu. Poza tym nie zatrzymujesz się co chwilę na czerwonym świetle.

Taka jazda rowerem – ze stancji na uczelnię, z uczelni na stancję, a w weekend nad jezioro lub gdzieś indziej – sprawiła, że poznałam Olsztyn.

Doskonale poznasz otoczenie

Jeżdżąc samochodem lub nawet biegając, nie zobaczysz tylu rzeczy w okolicy, co jeżdżąc na rowerze. Z pewnością obraz, jaki dostrzeżesz zza szyby samochodu, będzie zmieniał się zbyt szybko. Natomiast biegając, nie dotrzesz tak daleko, jak z pewnością zrobisz to za pomocą roweru – ale nie zniechęcam Cię do biegania, bo to bez wątpienia świetna, a zarazem najtańsza aktywność fizyczna.

Każde wyjście na rower daje możliwość wybrania innej trasy do zwiedzenia.

warto jeździć na rowerze

Dzięki temu możemy zobaczyć wiele ciekawych i zróżnicowanych miejsc. Dodatkowo na spokojnie, bez pośpiechu i dokładnie sprawdzimy dany obszar – wiem coś o tym!

Gdy przyjechałam do Olsztyna na studia, to nawet nie wiedziałam, gdzie mam zajęcia. Nie mówiąc już o fajnych miejscach, w których można by było spędzić miło czas po zajęciach oraz w weekendy.

A teraz? Śmiało mogę powiedzieć, że znam Olsztyn. A poznałam go przede wszystkim dzięki jeździe na rowerze, bo jeździłam dosłownie wszędzie. Na uczelnię, do koleżanek, do biblioteki, do sklepów, na Stare Miasto, nad jeziora, do lasu…

Często w weekendy Rafał zabierał mnie na przejażdżki rowerowe tam, gdzie uwielbiał się udawać, a także w takie miejsca, które dały mi poznać to miasto. A te przejażdżki dodatkowo pozwalały na pozbycie się „skórki pomarańczowej” z nóg!

Ekstra sylwetkę masz gwarantowaną

Systematyczna jazda na rowerze pomaga zgubić niechciane kilogramy oraz ułatwia pozbycie się cellulitu – więc jeśli zmagasz się z którymś z „upiorów”, to wybierz rower. W przyjemny sposób możesz spalić około 500 kalorii!

Dzięki regularnemu pedałowaniu nie tylko spalisz niechciany tłuszcz, ale również poprawisz wygląd swoich nóg. Możesz być pewna, że przejechane kilometry je wysmuklą, a dodatkowo dobrze wyrzeźbią mięśnie pośladkowe.

Pamiętaj również, aby zadbać o swoją dietę, ponieważ bez dobrze zbilansowanego jadłospisu nie osiągniesz efektów tak szybko, jakbyś tego chciała. Jazda na rowerze z pewnością pomaga w odchudzaniu i dbaniu o sylwetkę. Niestety przede wszystkim musisz uważać na efekt „wilczego głodu” po takiej przejażdżce. Prowadzi on do nadmiernego objadania się, a w efekcie – do marnych efektów.

Jeżdżąc na rowerze, robisz wiele dobrego nie tylko dla swojej figury. Dla środowiska również!

Zadbaj o środowisko

Rower to przede wszystkim jednoślad, który nie wydala z siebie żadnych spalin i dodatkowo nie powoduje hałasu. W związku z tym podczas jazdy do środowiska nie przedostają się dodatkowe ilości zanieczyszczeń w postaci dwutlenku węgla.

Warto to zrobić! – prawda?

Przedstawiłam Ci konkretne powody, dla których warto jeździć na rowerze i dzięki którym nie będziesz już miała wymówki, aby na niego nie wsiadać. Co więcej, jeśli nie masz co robić i krzątasz się bezczynnie po domu, to znalazłam dla Ciebie świetną aktywność. A więc, zabierz ze sobą koleżankę i spędźcie miło czas!

Podróże rowerowe to świetna zabawa i przede wszystkim niezapomniana przygoda! Ale to nie tylko, to również świetna nauka! Sprawdź, czego mogą nauczyć Cię podróże.

Nie możesz przecież zaprzeczyć, że każda aktywność fizyczna jest dobra! Musisz jednak pamiętać o swoich możliwościach, ponieważ fajnie jest pojechać gdzieś daleko, ale zdecydowanie gorzej wrócić… 😉

Nadal masz jakieś wymówki? Wsiadaj na rower i zacznij na nim jeździć!

Opublikowano 12 komentarzy

Wyprawa rowerowa cz. 1 – GREEN VELO

To już jutro! Zabierzemy kilka swoich rzeczy i ruszymy w nieznane. A przecież jeszcze nie tak dawno zastanawialiśmy się z Rafałem, w którym kierunku przyjdzie nam pedałować na rowerach… Wybieraliśmy między górami a morzem. Marzyły nam się Bieszczady – bo nigdy tam nie byłam – ale również wybrzeże Bałtyku. Jednak atrakcyjność miejsca i jego „nieznane” sprawiły, że wybór był łatwy – bez spierania się i skomplikowanych rozmów postawiliśmy na tę pierwszą trasę. Stwierdziliśmy, że dodatkowo wykorzystamy do tego wschodni szlak rowerowy – GREEN VELO.

Najważniejsze zostało już zrobione

W myślach już pedałujemy w stronę Bieszczad szlakiem rowerowym GREEN VELO. Teraz jednak należy zająć się wstępnym planowaniem. Dlaczego wstępnym? Bo tak naprawdę wyprawy rowerowej nigdy nie zaplanujesz od A do Z. Nie wiesz, co przytrafi Ci się na drodze – czy na przykład nie będziesz musiała noclegu zrobić wcześniej, niż zamierzałaś, bo przyjdzie zmęczenie lub noc.

Dlatego właśnie na początku organizowania wyprawy rowerowej postanowiliśmy zrobić orientacyjny plan, aby sprawdzić, czy w ogóle damy radę przejechać trasę z Olsztyna do Kielc lub Krakowa w ciągu 16 dni. Dlaczego akurat tam? Ponieważ to stamtąd będzie nam łatwiej szukać pociągu z powrotem do Olsztyna.

Bilety na pociąg zdecydowałam się kupić wcześniej, bo nie chciałam, aby spotkało nas to samo, co na stacji w Iławie…

O nie, na to nie możemy sobie pozwolić, ponieważ i ja, i Rafał zaraz po urlopie wracamy do pracy, a poza tym ta niewiadoma: „czy pociąg mnie zabierze?” jest bardzo stresująca.

Wybraliśmy Kraków, mimo że nie wiedzieliśmy, czy dojedziemy tam naszymi rowerami. Jest to jednak przecież jedna z większych stacji kolejowych w południowej Polsce, a do tego ma zdecydowanie więcej połączeń z innymi miastami niż Kielce – na pewno będzie nam łatwiej coś wybrać, nawet z przesiadkami, aby wrócić spokojnie z powrotem do Olsztyna.

Historia ze stacji w Iławie

Opowiem Ci, co takiego przytrafiło nam się na stacji w Iławie podczas jednej z podróży pociągowo-rowerowej. Ta sytuacja sprawiła, że już nie kupuję biletów na rower na ostatnią chwilę.

Planowaliśmy wyjechać pociągiem do Zakopanego i oczywiście zabrać ze sobą rowery. Rafał jeszcze nigdy nie był w Tatrach, więc pomyślałam, że to super pomysł. Przy okazji będziemy mogli sprawdzić swoje możliwości w górach. Kilka dni przed wyjazdem – prawdopodobnie cztery – pojechałam na dworzec, aby kupić bilety – dla nas i na rowery.

Jakie było moje zdziwienie, gdy Pani w okienku powiedziała mi, że może nam sprzedać tylko bilety dla nas, bo miejsc na rowery już nie ma. Pomyślałam: „Ale jak to? Przecież hotel został już opłacony. Umówiliśmy się z właścicielami, że będziemy na śniadaniu wcześniej…”. Po chwili namysłu stwierdziłam jednak, że możemy zaryzykować – dwa rowery jakoś do wagonu się upcha. Pewnie nie będzie problemu, a same bilety na rowery bez problemu kupimy u konduktora.

Wyjeżdżamy do Zakopanego bez biletów na rowery

W dniu wyjazdu wyruszyliśmy z domu z bagażami, biletami z Olsztyna do Iławy – z rowerami oraz biletami z Iławy do Zakopanego – już bez rowerów.

W Olsztynie wsiedliśmy w pociąg i ruszyliśmy w naszą wyprawę. Wysiedliśmy na stacji w Iławie i cierpliwie czekaliśmy na nasz środek transportu. Postanowiłam pójść jeszcze do kasy w Iławie, aby zapytać, czy może jednak są te bilety na rowery, bo ja z chęcią kupię… Kasjerka niestety powiedziała, że nie, lecz jeśli konduktor się zgodzi, to rowery nam zabiorą. A jeśli nie – to nie.

W tamtym momencie mina mi zrzedła. Zdecydowanie nie było tak fajnie, jak zakładałam…

Wróciłam do Rafała i powiedziałam mu, jaka jest sytuacja. W tym samym czasie zauważyliśmy, że akurat na tej stacji odbędzie się zmiana załogi. Poprosiłam Rafała, aby podszedł do nich i zapytał, czy zabiorą nam rowery, ponieważ nie mamy biletów. Konduktor powiedział, że jeśli jednoślady nie zmieszczą się do wagonu czternastego, to on ich nie zabiera.

Wtedy już byłam naprawdę przerażona. „No bo – jak to? Co my zrobimy w nocy w Iławie z bagażami i rowerami? Co z naszymi biletami? Przecież przepadną! Gdzie znajdziemy w nocy nocleg w Iławie?”

Podjechał nasz pociąg i wiecie co? Ludzie, którzy wychylili się przez okno, powiedzieli, że nie ma szans na zmieszczenie rowerów. W pomieszczeniu przeznaczonym dla trzech pojazdów było ich aż… 12.

Rozpłakałam się i zaczęłam pojękiwać, że jeśli nie zmieścimy naszych rowerów, to nas nie zabiorą…

W końcu jeden z facetów z pociągu popatrzył na nas i powiedział: „Szybko, dajcie te rowery”. Wepchaliśmy – dosłownie – nasze rowery pomiędzy wyjście z wagonu a toaletę. Rafał szybko odkręcił od nich koła, aby zajmowały mniej miejsca, i umieściliśmy je w pomieszczeniu na rowery, a same pojazdy zostały w przedsionku.

W pociągu było tyle osób, że nie mogliśmy nawet spokojnie oddychać. Do samej Warszawy Rafał stał i ciągle odsuwał nasze rowery albo od drzwi do toalety, albo od drzwi wejściowych do innego wagonu. A tak przy okazji –  nie obyło się bez strat. Drzwi uszkodziły nam przerzutkę (ścisnęły i połamały)…

Od Warszawy było już luźniej i w przedziałach dla ludzi, i w pomieszczeniu rowerowym. Na szczęście nie musiałam już siedzieć na sakwie przy toalecie. 🙂

Wyprawy rowerowe to nie tylko świetna zabawa, to również dobra nauka. Zobacz o tym wpis!

Przygotowywania do wyprawy rowerowej – GREEN VELO

Przez kilka dni dzielących nas od wyprawy w Bieszczady ogarnialiśmy po pracy wszystkie niezbędne rzeczy, które musieliśmy ze sobą zabrać. Patrzyliśmy na listę i odhaczaliśmy, czego nam jeszcze brakuje. Rzeczy, które mieliśmy, odkładaliśmy na przygotowane na środku pokoju „kupki”, a te, których brakowało, dokupowaliśmy. Przez cały tydzień ubrania, nasza tymczasowa kuchnia, apteczka i inne rzeczy do zabrania leżały na środku pokoju i czekały na piątek – kiedy to mieliśmy umieścić je w sakwach.

Zabrać mapę!

W piątek Rafał przyniósł z piwnicy mapnik, a w nim… uwaga, uwaga… samochodowa mapa Polski! Co najlepsze – to na jej podstawie mieliśmy kierować się w stronę Bieszczad. Ależ się na początku uśmiałam, no bo jak możemy z taką mapą jechać rowerem na drugi koniec Polski? Przecież rowerem nie będziemy jechać po głównych drogach!

Zawsze omijamy drogi często uczęszczane przez samochody.

No okej, okazało się, że mapy nie mamy, a nie wiedzieliśmy, czy następnego dnia gdzieś jakąś kupimy. Wpadłam więc na świetny pomysł (tak wtedy myślałam) – aby na kartce wypisać wszystkie miejscowości znajdujące się na trasie od Olsztyna do Łomży, przez które będziemy przejeżdżać. I tak na małej karteczce wszystkie się kolejno pojawiły.

Wiedziałam, że jak wjedziemy w Łomży na szlak GREEN VELO, to nie będzie już problemu, ponieważ szlak do Przemyśla jest oznakowany. Doszłam więc do wniosku, że trasę wyprawy rowerowej mamy „jakoś” ogarniętą.

Rzeczy na wyjazd rowerowy

Nadszedł czas na pakowanie wcześniej przygotowanych ciuchów, które od tygodnia leżały na środku pokoju. Wiedziałam, że mam skłonność do pakowania zbyt wielu rzeczy, i w związku z tym będę je niepotrzebnie wiozła.

Przyjęłam więc jedną ważną zasadę: tylko bieliznę biorę na wszystkie dni wyprawy, a resztę rzeczy – po jednej sztuce. Jeśli podczas pakowania coś mi się nie zmieści, to po prostu to odrzucam, nie zabieram.

Jesteśmy spakowani. Najważniejsze mamy już ze sobą i przy sobie – pieniądze, telefony i dokumenty.

Przygotować mieszkanie!

Najważniejsze było przede wszystkim przygotowanie mieszkania na naszą nieobecność. Należało dopilnować, aby wszystko było pozakręcane oraz wyłączone. Tak więc zrobiliśmy. Dodatkowo jeden komplet kluczy oddaliśmy Oli, która „jakby coś” zawsze mogła zajrzeć. Pani spod czwórki również została poinformowana! :p

Wyczyścić lodówkę!

Przez cały tydzień przed wyprawą rowerową opróżnialiśmy lodówkę, aby z żywności nic nam nie zostało i się nie zepsuło. Przede wszystkim staraliśmy się, aby nic nie zostało wyrzucone – nie lubię tego robić. Część rzeczy z pewnością przy okazji damy Oli, której powierzamy klucze do mieszkania.

Kanapki na wyprawę – zrobione! Są jeszcze naleśniki z truskawkami, które zostały po kolacji, więc je na pewno zabierzemy. Podobnie jak wszystkie rzeczy, które zostaną po śniadaniu.

Wyspać się!

Zakończyliśmy przygotowania do wyprawy. Mam nadzieję, że pomyśleliśmy o wszystkich potrzebnych rzeczach. Przed nami jeszcze noc przed wyprawą, ale jestem pewna, że tej nocy nie będę spała.

Kilka propozycji na nocleg podczas wyprawy rowerowej znajdziesz w tym wpisie.

Tak już mam przed każdą przygodą tego rodzaju. Zwykle nocami za dużo o niej myślę, bo to jednak dla mnie duży stres. Ta świadomość, że musisz o siebie zadbać, że nie masz pojęcia, gdzie będziesz przez kilka najbliższych nocy spała, kogo spotkasz, co będziesz jadła, jakie niespodzianki Cię spotkają. Kurczę, to naprawdę już jutro…

Zapisałaś się do ROWEROWEGO newslettera? Jeśli nie, to koniecznie to zrób! Bo dostaniesz powiadomienie o kolejnym wpisie z wyprawy rowerowej.

Opublikowano 1 komentarz

Czas na rower – ambitne plany!

CZAS NA ROWER

Od kilku dni nie mogłam doczekać się, aby usiąść przy biurku i naszkicować swoje ambitne plany na kolejne 365 dni. Bo z pewnością na ten rok przygotowałam dla siebie kilka przyjemnych rzeczy, które przede wszystkim związałam z rowerem. A to wszystko, dzięki mojej przymusowej przerwie od roweru – dzień, który zmienił moje życie – bo sprawiła ona, że ze zdwojoną siłą zatęskniłam za rowerem i wyprawami. Tak też w 2019 roku będzie go o wiele, wiele więcej niż w poprzednim i wypraw również.

Wiele prywatnych sytuacji, które miały miejsce w roku 2018, dały mi do zrozumienia, że nikt nie zadba o mnie lepiej niż ja sama o siebie. Uświadomiłam sobie, że to ja powinnam być dla siebie na pierwszym miejscu i realizować wszystko na co mam ochotę, co czuję, o czym marzę i przede wszystkim robić to, co jest zgodne z moją naturą.

Dlatego też, czekałam na nowy rok. Ponieważ spokojnie mogę oddzielić go grubą kreską od starego i zacząć wszystko od nowa, z większą siłą i energią. Więc żegnam stary i witam nowy!

Koło życia

Do kontrolowania harmonii i równowagi w moim życiu, wykorzystuję koło życia. Pierwszy kwartał mam już uzupełniony i już teraz wiem, że u mnie ta metoda sprawdza się znakomicie. Jestem z niej zadowolona i zaskoczona z efektów jakie uzyskuję – a przy okazji mam pretekst do wykorzystania kredek 🙂 Dzięki kołu życia, wiem, które aspekty stanowczo muszę poprawić i o nie zadbać, a które już przynoszą mi satysfakcje.

W roku 2019 mam zamiar bardziej zadbać o swoją harmonię i równowagę w życiu. Z pewnością zabrakło jej w roku poprzednim, co sprawiało, że nie byłam zadowolona z jakości mojego życia – do tego jeszcze te hormony. Dlatego myślę, że z tego powodu wiele rzeczy nie sprawiało mi radości, a mimo to uparcie w tym grzebałam dalej. Niektóre aspekty życia totalnie zaniedbałam, a były i są dla mnie ważne.

Więc jeśli masz wątpliwości, że Twoje życie nie wygląda tak, jak byś tego chciała i oczekiwała lub może chcesz coś zmienić, ale nie do końca wiesz od czego zacząć, to zabieraj się za rysowanie swojego koła życia. Pomoże Ci „z góry” spojrzeć na Twoje życie i pokaże Ci, o które musisz zadbać lepiej. Przy każdej kategorii , która nie spełnia Twoich oczekiwań napisz, co zmienisz, poprawisz, aby być bliżej chcianego poziomu, np. w kategorii sport – ćwiczenia 3 razy w tygodniu albo w kategorii relacje z rodziną – przynajmniej jeden spacer w tygodniu, itp.

Jeszcze słowo na 2019 rok

Słowo jakie wybrałam na rok 2019 to DECYZJA/WYBÓR. Dlaczego akurat to słowo? Ponieważ w tym roku czeka na mnie do podjęcia wiele trudnych decyzji związanych przede wszystkim z moim życiem zawodowym. Muszę zastanowić się, jaki wariant będzie dla mnie i naszej rodziny odpowiedni. Co takiego zapewni nam stabilność finansową, a także możliwość spędzanie ze sobą, jak najwięcej czasu – w końcu mamy wymagającą córkę.

Po raz pierwszy planowanie roku zrobiłam w 2018 i wtedy również wybrałam przewodnie słowo swojego roku. I muszę powiedzieć, że był to strzał w sam środek tarczy, ponieważ nad wieloma sprawami miałam kontrolę. Wiedziałam dobrze, co chcę robić, co takiego planowałam na początku roku. Dlatego nie było momentu, abym zapomniałam o jakimś punkcie, jak to bywa podczas planowania roku w głowie i na zasadzie – na pewno nie zapomnę.

Nie popełniaj tych samych błędów…

Oczywiście, poprzedni rok pokazał mi, że nie da się wszystkiego idealnie zaplanować. Pokazał mi również, w których miejscach popełniłam błąd – bo niestety, nie obyło się bez nich – w moim planowaniu roku. Dzięki temu wiem, jakich rzeczy nie przemyślałam i o jakich zapomniałam. Dlatego niektóre plany nie udało mi się zrealizować. W związku z tym, w tym roku zamierzam poprawić to, co poszło nie tak i małymi krokami realizować swoje aktualne cele.

Moje błędy z zeszłego roku:

  • brak konkretnego planu.

Okazało się, że ten punkt w planowaniu jest bardzo istotny, ponieważ pozwoli uniknąć efektu łapania wszystkich srok za ogon, który pokazuje, że taki sposób realizowania planu jest kiepski – przynajmniej w moim przypadku. Dlatego dobrze mieć wyznaczony cel na określony czas. Dzięki temu wiemy, kiedy i czym zajmujemy się w danym momencie.

  • brak szczegółowego planu

W zeszłorocznym planowaniu roku nie uwzględniłam małych kroków, które zbliżyłyby mnie to określonego celu. Jak się jednak później okazało, są one bardzo ważne w planowaniu. Pozwalają na wgłębienie się bardziej w określony cel. U mnie niestety tego zabrakło.

Dlatego w tym roku będzie inaczej, bardziej konkretnie i szczegółowo. Przyłożyłam się do mojego planowania i wzięłam pod uwagę wiele czynników, które mogą zaburzyć cały plan.

Postawiłam sobie 4 główne, ambitne cele. Każdy cel ma swój określony czas. Wiem, którym i kiedy się zajmuję, a także któremu poświęcam najwięcej swojej uwagi. Określiłam, co konkretnego robię w danym momencie, aby pozwoliło mi to na sukcesywne zbliżanie się do mojego celu.

Oczywiście, takie szczegółowe planowanie jest pracochłonne i zajmuje sporo czasu. Jednak efekt jaki przynosi jest tego wart.

Do mojego ambitnego planowania, wykorzystałam piękny kalendarz z bloga jest rudo. Tutaj jest link do kalendarza, a także bloga. Zaglądajcie i podziwiajcie. W dodatku kalendarz, który wybrałam w tym roku do druku, idealnie ze mną współgra! Bo przede wszystkim: Siła jest kobietą!

Moje ambitne plany rowerowe na 2019 rok

KURS INSTRUKTORA TURYSTYKI ROWEROWEJ

W związku z tym, że w planach na ten rok mam zamiar zorganizować wyprawę rowerową dla kilku osób, muszę taki kurs mieć. Tak, tak… mam zamiar zorganizować wyprawę rowerową, więc jeśli jesteś zainteresowana przeżyć ciekawą i niezapomnianą przygodę, to do mnie napisz!

Wierzę, że dzięki temu kursowi, nauczę się wielu ciekawych i przede wszystkim ważnych rzeczy na temat organizacji takiej wyprawy dla kilku osób – jak zorganizować wyprawę rodzinną już wiem.

Bo ważne jest to, aby w życiu mieć coś takiego swojego. Coś, co przynosi nam radość i zadowolenie z życia. Ale o tym, z pewnością więcej przeczytasz tutaj. Jeśli jesteś zainteresowana, to wskakuj!

A tak bardziej dodatkowo, tak całkiem na uboczu chcę zostać również instruktorem spinningu. Jeśli oczywiście starczy pieniędzy i czasu, to być może spotkamy się gdzieś na wspólnych zajęciach. Już nie mogę się doczekać! Łapka w górę, kto się na to piszę?

Warto jeździć na rowerze! Jeśli mi nie wierzysz, to zajrzyj tutaj.

WYPRAWA ROWEROWA

Ale to już wiesz. Od kiedy rozpoczęłam swoją przygodę podróżowania na rowerze, to nie potrafię spędzać wakacji w inny sposób – to mnie pochłonęło! Uwielbiam spakować kilka rzeczy w sakwę i regularnymi pchnięciami pedałów przesuwać się ku celowi.

Odcinek drogi został już wybrany. Jeszcze tylko wybór – ale to od Ciebie zależy – czy będziesz z nami chciała/chciał spędzić kilka wakacyjnych dni na kółkach czy jednak nie i na wyprawę wyślesz nas w trójkę.

Ale mam nadzieję, że jednak zachęcę Cię do podróżowania i sprawię, że tak samo jak ja, nie będziesz wyobrażała sobie już spędzenia wakacji w inny sposób. Pamiętaj, aby podróżować na rowerze nie potrzeba wiele rzeczy.

Oczywiście nie zabraknie w tym roku wielu weekendowych wypraw rowerowych już z Pchełą – jestem ciekawa jak ona to przyjmie. Bo niestety nie ma wyboru i przez kilka swoich pierwszych lat będzie musiała jeździć z nami.

BLOG ROWEROWY

W poprzednim roku, to w tej kategorii poniosłam największą porażkę i zawiodłam siebie. A powód? Banalnie głupi! Brakowało mi pewności siebie, że to, co robię, robię dobrze i solidnie. Nie było odwagi, aby zaryzykować.

W tym roku jednak zrobię wszystko, aby dzięki mojej pracy i upartości, choć jedna osoba dzięki mnie, wybrała się w podróż rowerem. I tak samo jak ja – nawet bardziej, cieszyła się z wyjazdów, poznawania nowych, ciekawych miejsc, a także ludzi i innych. Bo wyprawy rowerowe to nie tylko świetna przygoda, to również świetna nauka odkrywania nowego.

Na blogu znajdziesz przede wszystkim doświadczenie jakie zdobyłam dzięki podróżowaniu rowerem, zdradzę Ci kilka, sprawdzonych rad, które śmiało można wykorzystać podczas podróżowania, z pewnością dam Ci trochę otuchy i wsparcia, a także przy okazji pokażę Ci kim jestem.

W tej kategorii znajdzie się jeszcze coś. Ale o tym na pewno dowiesz się niebawem., bo nie chcę zapeszyć!

START W TRIATHLONIE

No tak! W tym roku czeka na mnie duże przedsięwzięcie, a to dlatego, aby nie przegrać zakładu. Ej, ale umówmy się, przede wszystkim nie robię tego dla wygrania zakładu, ale przede wszystkim dla siebie. Wiem, że dzięki temu zdobędę wiele doświadczenia, sprawdzę, jak to jest wystartować w takiego typu imprezie. No i dzięki temu, mam również motywację do rozpoczęcia mojej przygody z bieganiem. Od czasu do czasu chciałabym wyskoczyć na przebieżkę bez wypluwania płuc.

To już wszystko! Prawda, że rowerowo? Trzymajcie kciuki, aby wszystko poszło zgodnie z powyższym planem. Bo jak nie pójdzie, to będę płakać i już! 🙂

A Ty, jakie masz plany na 2019 rok. Podobnie, jak u mnie, masz zrobiony ambitny plan?

Opublikowano Dodaj komentarz

Spotkanie z nim – podsumowanie roku.

podsumowanie roku

To moje pierwsze spotkanie z nim. Zawsze od niego uciekałam i nie widziałam powodów, żeby się z nim spotkać. Pewnie łudziłam się, że mi nie zależy, że nie czuje takiej potrzeby. Nie chciałam stać przed nim i tłumaczyć mu się ze wszystkiego. Zresztą dlaczego miałabym to robić?

Ale dopadł mnie! Zaraz przy jego końcówce. Nie miałam odwagi, aby mu się sprzeciwić. Dlatego wzięłam czystą kartkę, mój ulubiony długopis i zaczęłam mu się tłumaczyć. 

Za mną rok, a dokładnie 365 dni. Dobrze pamiętam tę chwilę, jak siedziałam i spisywałam swoje cele na 2018 rok. Zastanawiałam się, co mogę w tym roku zrealizować i jakie cele sobie postawić, aby były realne do zrealizowania. Jak poukładać wszystkie plany, aby dały mi zadowolenie, a także możliwość ich realizacji. Ponieważ dobrze wiedziałam, że ten rok będzie inny. Stanowczo ten rok miał być dla mnie mniej przewidywalny niż do tej pory.

Każdy w swoim życiu ma taki dzień, który jest początkiem do czegoś innego. U jednych jest to zmiana pracy, miejsca zamieszkania, nowy związek. U innych będzie to dzień urodzin. A u mnie to… Przeczyta! 

Nie wszystko poszło tak, jak zakładałam…

Nie wszystko poszło tak, jak zakładałam i chciałam. Na niektóre sytuacje i wydarzenia nie miałam wpływu. Inne mnie zaskoczyły i dodały chęci, a także odwagi do ich realizacji. Z niektórych zadań i planów zrezygnowałam sama. Bo uważam, że czasami warto odpuścić i nie zmuszać się do czegoś, co nie sprawia nam radości. A wręcz przeciwnie –  powoduje frustrację i zdenerwowanie.

Dlatego też, to moje pierwsze spotkanie z nim było emocjonalne , a zarazem ekscytujące. Bo wydarzyło się w nim, tak wiele sytuacji i zdarzeń, które wywołały we mnie szereg rozmaitych emocji – i dopiero teraz to widzę, podczas spotkania z nim. Więc myślę, że warto wygospodarować trochę czasu i podsumować swój rok.

Podsumowując, to rok z miliardem emocji. Ponieważ z pewnością nie brakowało w nich płaczu, strach, radości, szczęścia, rozżalenia, zawiedzenia, przerażenia, miłości, euforii, chęci, zapału, determinacji, lenistwa, frustracji…

ROZWÓJ OSOBISTY

Obroniłam tytuł magistra

Udowadniając przede wszystkim sobie, że z małym dzieckiem pod pachą też się da. I choć chwilami było trudno znaleźć motywację i chęci do pisania, to jednak się cieszę, że udało mi się dokończyć coś, co rozpoczęłam 5 lat temu.

To jeden z powodów, który sprawił mi wiele radości we wrześniu. Jest jeszcze inny, ale o tym przeczytasz we wrześniowym tymczasem.

Przeczytałam wiele ciekawych – i oczywiście mniej – książek. Chociaż okres ciąży z pewnością temu nie sprzyjał. Bo mimo tego, że miałam na to czas, nie miałam ochoty na ich czytanie. Cześć książek, które trafiały do moich rąk, przekartkowałam, a następnie odłożyłam.

Dodatkowo w tym miejscu, spotkanie z nim przebiegło inaczej niż chciałam i zamierzałam 12 miesięcy temu. Nie miałam wyjścia, musiałam przyznać się do dwóch porażek w rozwoju osobistym.

Po pierwsze: nie poszerzyłam swojej wiedzy dotyczącej rachunkowości. Ponieważ zaniedbałam czytanie artykułów tematycznych, wchodzących nowych przepisów oraz innych nowinek z finansów. Na jakiś czas tej tematyki mi wystarczy, więc nie jest mi tego tak bardzo szkoda. W przeciwieństwie do mojej drugiej porażki.

Po drugie: nie robiłam powtórek z języka obcego. Za jakiś czas będę tego z pewnością żałowała.   

ŻYCIE PRYWATNE

Remont małego pokoju

Pokoju, który teraz wgląda o wiele lepiej. Miało być tylko malowanie ścian, nowa roleta, wyniesiona komoda. Jak się jednak później okazało, to: przydałoby się wyrównać ściany, zmienić kontakty, kupić listwę między szafą a ścianą, zrobić ładniejszy wywietrznik i wiele innych. Podsumowując: remont pochłonął ogrom czasu, pracy i pieniędzy, ale myślę, że efekt jest tego wart.

To przede wszystkim luty!

Kupiliśmy szosówkę Rafałowi

Dzięki niej po raz pierwszy wystartował w triathlonie. Zdobył wiele doświadczenia i w związku z tym przekazał mi wiele – pewnie – cennych wskazówek odnośnie przygotowań i startowania w zawodach. Przy okazji spełniliśmy jedno z jego marzeń. 

Wspominałam o tym w lutowym tymczasem. Czytałaś?

Zmieniliśmy samochód

Na lepszy i nowszy. Nasz renault wymagał już przede wszystkim wymiany. Zdecydowanie nie dawał nam już poczucia bezpieczeństwa i komfortu. W związku z tym jazda nim była uciążliwa i bez wątpienia męcząca. Więc mimo naszego przywiązania i jego niezawodności – musieliśmy go wymienić.

Wymiana samochodu to grudzień. Tutaj o nim pisałam.

Weszłam z buciorami w role matki

To jedna z najtrudniejszych ról i doświadczeń, jakie mogło mnie w 2018 roku spotkać. Nie byłam świadoma tego, w jakim stopniu moje życie ulegnie zmianie po urodzeniu dziecka – mimo jako takiej świadomości. Jak wiele stresu i zmartwień „wpadnie” do mojego dnia codziennego. Bo bez dwóch zdań, to odpowiedzialność, oj duża odpowiedzialność za tego małego, bezbronnego człowieczka.

Ale mimo tych wszystkim stresujących sytuacji, wiem jedno – było warto! Bo uśmiech tego małego bąka, zaraz po obudzeniu o 5 nad ranem jest bezcenny. Tak samo, jak wypowiadane „ma-ma” z żalem i rozpaczą.

Mama to maj!

Mini wakacje na wsi 

W roku 2018 nie mogliśmy pozwolić sobie na żadne wakacje – nawet krótkie. Dlatego cieszyłam się jak dziecko z mini wakacji w moim rodzinnym domu. Otrzymałam pomoc w opiece nad Pchełą, co pozwoliło na poukładanie sobie kilka ważnych spraw w głowie. No i oczywiście nagadałam się, ponieważ życie z dala od rodziny często mi na to nie pozwala.

ZDROWIE 

Na początku roku 2018 – podczas tworzenia mojego wpisu, jak świadomie zaplanować swój rok – miałam w planach schudnąć po ciąży, rozpocząć przygodę z bieganiem oraz przede wszystkim zdrowo jeść.

Pierwsza z tych rzeczy, jako tako mi się udała. Ponieważ nie schudłam tyle co zamierzałam, ale także – na szczęście – nie zostało mi kilku dodatkowych kilogramów po ciąży. Dodatkowo po porodzie usłyszałam od Pani doktor, że „Pani Paulino, jest Pani w świetnej kondycji” Więc dla mnie to zjawisko – utrzymanie wagi – jak najbardziej na plus.

Po drugie, miałam zacząć biegać. Przy tym zadaniu poległam, ponieważ nawet go nie rozpoczęłam. Dlatego też nie wystartowałam w mikołajkowym biegu, co jest dla mnie przykre, bo lubię pomagać.

Natomiast z jedzeniem było różnie. Jak musiałam – bo cukrzyca, nadciśnienie – to jadłam wzorowo, czyli zdrowo i smacznie. Jednak, gdy Pcheła się urodziła, to ze zdrowym jedzeniem było różnie. Trafiały się cukiereczki, ciasteczka i wiele innych.

BLOG

Z tej niezrealizowanej kategorii jest mi najbardziej przykro. Dlatego, że przez moje brak pewności siebie i obawy krytyką w moją osobę, spowodowały, że nie zrealizowałam tego, na czym najbardziej mi w tym roku zależało. Nie spełniłam swojego marzenia, które ciągle i nieustannie przekładałam.

Myślę, że zabrakło przede wszystkim więcej determinacji, chęci, samozaparcia, a także wiary w siebie, w swoją wiedzę i doświadczenie.

Podsumowując, to wyjątkowy rok, który przede wszystkim zapadnie mi w pamięci i pewnie niejednokrotnie będę o nim opowiadała temu bąkowi, co właśnie śpi. (A tak na uboczu, to dzisiaj pierwszy raz mnie gryzła i zasypiała w dziwacznej pozycji, przytulona do mojej ręki)

To był rok z miliardem emocji, które nauczyły mnie wielu ważnych dla mnie rzeczy. Dzięki nim, wiem jakim jestem człowiekiem, jak reaguję na „dziwne” sytuacje i zdarzenia oraz uświadomiły mi czego od siebie oczekuję w nadchodzącym roku.

Robisz rachunek sumienia na koniec roku? Uczysz się na swoich błędach? Pochwal się swoim sukcesem!